Weselmy się

Nie jest tajemnicą, że unikam wesel. Niejedna znajomość mi się rozleciała przez uparty brak chęci uczestnictwa, niejedna też zapewne nie miała szansy zaistnieć. Nie znaczy to jednak, że w życiu na żadnym weselu moja noga nie postała, bo się zdarzyło, że owszem raz czy dwa.. Niestety owe uczestnictwo dowiodło tylko mojej tezy, że bywać nie ma sensu i trwałam w tym stuporze niezmiennie, aż do zeszłego tygodnia. W zeszłą bowiem sobotę miałam okazję uczestniczyć w przyjęciu uświetniającym zaślubiny pary, naówczas osobiście mi nie znanej, ale – co się w międzyczasie okazało – szalenie sympatycznej i obdarzonej, tak wspólnie jak i z osobna, niebywałym urokiem. Będąc sobą i organizując przyjęcie bez zadęcia, za to z wielką dozą swobody, odczarowali mój pogląd, żywiony względem imprez tej kategorii. Jawiły mi się one bowiem jako nadęte, bez klimatu, z ogromem gości, którzy słabo się znają, z młodymi zdjętymi strachem o koszty i liczącymi na to, że mimo wszystko się opłaci.. Okraszone to być miało moim zdaniem rzępoleniem kapeli, stanowiącej tło dla gwiazdy weselnych estrad i ciężkostrawnym jedzeniem przepijanym ciepłą wódką z brudnego kieliszka. Budząc mój szacunek i coraz większą nadzieję, Państwo Młodzi dowiedli, że można inaczej. Grono było zaprzyjaźnione, muzyka bez wstydu, jadło smaczne, napitek… tego niestety nie wiem, bo byłam kierowcą. To co jedynie stwierdzić mogę z obserwacji w kontekście spożywanego alkoholu, to że pity był z głową i dla zabawy, a nie w kontrze do niej. Gratuluję raz jeszcze Domi i Łukaszowi – przede wszystkim gotowości do wspólnych rozliczeń majątkowych, ale także dowiedzenia tego, że można świętować naprawdę, a nie bo wypada. STO LAT!

Był sobie ślub

Zwykle tego nie czynię, ale są sytuacje, które nie pozostawiają naszemu „zwykle” nikłej nawet nadziei na szanse powodzenia.. No więc, zwykle tego nie czynię, ale dzisiaj byłam na ślubie. Ślub był kościelny, więc z bajki innej niż moja własna, co absolutnie nie przeszkadzało mi szczerzyć się zawzięcie przez całość jego trwania. Poślubiali się bowiem wzajemnie brat mój przysposobiony i JUŻ (!) moja najmniejsza bratowa, co stanowiło dla mnie nieustający powód do wszechogarniającej radości. I, jako że wodzirej snuł swoją opowieść przez blisko godzinę (chwaląc pana i siejąc propagandę), czemu poświęcałam zaledwie nikłą część mojej uwagi, pozwoliłam sobie jej pozostałą resztę spożytkować na skróconą retrospekcję uświęcanej właśnie znajomości. I tak – dawno, dawno temu, choć zupełnie jakby wczoraj, w krainie rządzonej przez obłąkanego króla wielu imion i jednego wąsa, żyła sobie ONA.. Calineczka z charyzmą Goliata, osóbka niewielkich rozmiarów, acz wielkiego charakteru. W przekazie zdystansowana, wyważona, troszkę władcza, w odbiorze uroczo ekstrawertyczna, wyważona nadal choć w stopniu zrozumiałym, troszkę wariat… Żył sobie w owym królestwie także i ON. Hedonista, narcyz i oszołom. I w przekazie i w odbiorze bawidamek, lekkoduch i rycerz z gatunku tych, co nawet wiatraki im nie straszne. Jak łatwo się domyślić, ówże ON nie pozbawiony był także uroku. I tajemnicą niech pozostanie, czy to właśnie ten urok, czy inne przywary sprawiły, że ONA dała mu szansę na szczęście, a ON szczęśliwy z tej szansy skorzystał. Miło było patrzeć, jak razem uczą się życia, dopasowani do siebie jak dwa puzzle, które muszą się tylko dogadać który bardziej pasuje do tego drugiego. Cieszyło i oczy i serce, kiedy wyćwiczywszy cierpliwość na sobie, uznali że starczy jej także dla dziecka, które okazało się być darem spokoju, radości, miłości i przywiązania. I żyli tak we troje, znosząc burze, po których zawsze wychodziło słońce, siejąc, pieląc, kopiąc rowy, odkrywając co to takiego tempomat, że muffinki się je bez papierka, że roztrzaskany telefon utrudnia kontakty, że życie razem ma więcej sensu niż życie w pojedynkę. No! i przyszło dzisiaj, kiedy stało się jasne, że to poważne i nie na niby, na dowód czego ON rzekł „..i że Cze nie opuszczę aż do śmierci”, na co ONA odparła, że ona go też. I cóż mi pozostaje więcej, jak tylko napisać, że odtąd żyli długo i nieprzyzwoicie szczęśliwie..(?) Nic mi nie pozostaje, bo jestem absolutnie pewna, że będą żyć długo i szczęśliwie, kłócąc się i kochając, dyskutując i dochodząc do porozumienia, smucąc się i ciesząc, ciężko pracując i czasem – odpoczywając. Wiem to na pewno, bo niewielu jest ludzi, którzy tak jak oni razem wyglądają jak jedno. JESTEŚCIE CUDNI!! WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!

Znowu Tesco..

Pełna wiary w sprawność i wysoką funkcjonalność tworu jakim jest hipermarket – że wymienię z nazwy – Tesco widzewskie, postanowiłam popełnić tam dzisiaj zakup. Na szczęście niewielki i w znikomej liczbie, ale dla mnie szalenie istotny. I nie (!) nie chodzi o to, o co myślicie, że chodzi. Kupić miałam sztuki odzieży, dla mnie na tę chwilę szalenie istotne, bo niezbędne do realizacji powziętego planu. I nie (na miłość boską!) znowu nie chodzi o to, o co myślicie, że tym razem już chodzi na pewno. Mniejsza o sztuki, mniejsza o powody.. Garderobę znalazłam i dzierżąc w ręku zdobycz, dziarsko pomaszerowałam w stronę kas, gdzie dziarskość ze mnie uszła ze świstem, ustępując miejsca niedowierzaniu podszytemu irytacją. Otóż bowiem Tesco uznawszy, że siła robocza to absolutny przeżytek, powierzyło obsługę klienteli wyłącznie kasom samoobsługowym. Lubię, nie przeczę, że się mogę sama obsłużyć, nie stojąc w ogonku, ale ma to sens wówczas, gdy istnieją ogonki, w których stać bym musiała. Natomiast w Tesco, o godzinie – dodam – przyzwoitej, bo 19:30, nie działała żadna z kas obsługiwanych przez miłe panie z trwałą ondulacją. W związku z czym jedyny ogonek, który mogłam zasilić własną osobą, był tym, ciągnącym się do ułatwiających życie kas samoobsługowych. Przez całą długość sklepu się ciągnącym!! Ja nie wiem, kto w tym Tesco ma władzę zwierzchnią i decyduje o reorganizacji, ale jakby tak przed złożeniem podpisu spojrzał – już nie mówię, że na liczby – ale chociaż na zapis z monitoringu, może osiągnąłby, niewątpliwie mniej spektakularne, ale za to lepsze efekty..? Pewno, że ja sobie zdaję sprawę, że na dziesięciu kolejkowych staczy, co najmniej dwóch niewielkie miało pojęcie jak się samoobsłużyć, co w efekcie szkodziło przepustowości. Ale może by tak właśnie z myślą o nich, przywrócić choćby dwa stanowiska pracy z tych dziesięciu zlikwidowanych? Nie wiem jakie dalsze szkody poczyni tescowe kierownictwo, ale wiem jedno.. a właściwie to dwa wiem. – Nigdy więcej nie zrobię w Tesco zakupów i muszę do jutra do 16 znaleźć gdzieś te cholerne sztuki odzieży :/

Wojenka

Nie wpadła jak dotąd siła wyższa na pomysł stworzenia jednostki, która tak skrupulatnie i efektywnie rujnowałaby mój system nerwowy, jak to czyni mój szanowny omałocomałżonek. Z natury – owszem – jestem osobą raczej wybuchową, zuchwale kurwującą i z cholerycznym usposobieniem. Dla urozmaicenia jednak, posiadam także pokaźnych rozmiarów cierpliwość, której jak dotąd udaje się ustrzec mnie przed karą pozbawienia wolności. Jest wszak jedna na świecie osoba, która potrafi obejść cierpliwość moją zręcznie i z fachową starannością bezpośrednio kij wetknąć w mrowisko. Dzisiaj omałocomąż także święci sukcesy w tej materii, w czego konsekwencji lubimy się chwilowo tylko w granicach jakie nakazuje przyzwoitość. Muszę jednak mężowi oddać sprawiedliwość. Do mnie cierpliwość mieć to też trudna sztuka. No bo jak zaczerpnąć z jej zasobów, kiedy beneficjent wali na oślep..? Ciężkie jest życie małżeńskie, oj ciężkie..

Męskie rozterki

Idę na wesele. Pojęcia nie mam, kto się będzie dobrowolnie pozbawiał części swobód obywatelskich, bowiem na wzniosłą uroczystość się udam w charakterze osoby towarzyszącej. Nie znam zatem młodych, nie wiem nawet czy młodzi są w istocie, nie znam takowoż nikogo z zaproszonych gości, za wyjątkiem osoby, której będę towarzyszyć. Może być dla Was niespodzianką, choć nie musi – wszak historia zna różne przypadki, że towarzystwem swoim będę służyć damie, znaczy się człowiekowi o płci zupełnie takiej samej jak moja. Ponieważ dama została zaproszona na przyjęcie jako dama, ja wzięłam na siebie obowiązek bycia mężczyzną w tym związku. Na okoliczność tę zakupiłam zatem czarne spodnie w kant i białą koszulę, muchę gustowną będę mieć w grochy… Nie wiem tylko zupełnie co uczynić z chusteczkami, telefonem i kilkoma innymi drobnym przedmiotami, które decydują o komforcie mojej egzystencji..? Wszak mężczyźnie zupełnie nie wypada dzierżyć w dłoni torebkę zwłaszcza wizytową, ani – jak mi się wydaje – upychać drobnego majątku ruchomego po eleganckich kieszeniach..(?) Doprawdy mam kłopot..

Jaka wina taki idiota

Ponieważ los głównie bywa dla mnie łaskawy, raz na czas jakiś, dla równowagi, daje mi w solidnego kopa w tyłek. Nie unoszę się wówczas honorem i nie chowam w sercu urazy, wierząc głęboko w sens postępowania opatrzności, która niewątpliwie dba o to, żeby mi się w dupie nie poprzewracało. Zwłaszcza, że zasinienia w miejscu siedzenia, wynagradza mi zwykle opatrzność z nawiązką. Może się tak zdarzyć, że ogólne moje zadowolenie wynika nie tyle z łaskawości losu, co z niewygórowanych wymagań, ale jeśli tak jest w istocie, to chyba nawet lepiej.. Kopniaki wymierzone w mój odwłok przyjmują różne kształty i nazwiska, nigdy jednak – na szczęście – nie są one okraszone tragedią. A karą, zdaje się jedną z najdotkliwszych i boleśnie doskwierających, jakie dostaję za przewiny – jest idiota. No bo co zrobić kiedy przewrotny los nam rzuca pod nogi nie kłody, a idiotów właśnie..? A jeszcze na domiar złego idioci są to nam przyporządkowani, bo stanowią dla nas rodzinę, nawet jeśli nie w rozumieniu prawa, to jednak.. (?) Wiem oczywiście, że subiektywizm, którego nikt kto rozumny nie jest w stanie się wyrzec, nakazuje nam idiotów dostrzegać tam, gdzie być może inni zupełnie ich nie widzą. Zdaję sobie także sprawę z oczywistego faktu, że ja dla gawiedzi również uosabiać mogę miałki intelekt, mimo że sama o sobie mam raczej nie najgorsze zdanie. Na ogół. Ponieważ jednak jest to moje osobiste miejsce kładzenia kawy na przysłowiowy mebel, to pozwolę sobie wyrazić pogląd dotyczący wspomnianych idiotów, za punkt odniesienia biorąc mnie samą, a co za tym idzie także i moje odczucia. Cudze na ten moment wetknąwszy tam, gdzie wzrok nie sięga. Wracając zatem do idiotów nam przynależnych, co nam brużdżą w życiorysie, pozbawiając nie tylko dobrego samopoczucia, ale także – bywa że – chęci do dalszej egzystencji. Mogą to być otóż idioci różnego sortu, spokrewnieni bądź nie, w stopniu dalszym lub bliższym, darzeni uczuciem, zaprzyjaźnieni, oswojeni.. Grunt, że dzielący z nami przestrzeń życiową, jeśli nie stale, to przynajmniej raz na czas jakiś, a z uwagi na zażyłość, niebywale trudni do wyplenienia. No bo tak to bywa z udomowionym idiotą, że ani to obejść, ani przeskoczyć. Mimo że uświadamiamy sobie boleśnie, że jednostka prezentuje ten poziom zidiocenia, który uniemożliwia nam bytowanie w atmosferze nie tyle przyjemnej, co choćby znośnej, to nie możemy jej w oczy wyrazić poglądu, ani spakować walizek, przez wzgląd być może na uczucie, albo zwykłą ludzką przyzwoitość. Efektem tego jest nasza nasilająca się nerwica, chęć ucieczki gdziekolwiek byleby dalej, czy wreszcie nieodparta potrzeba popełnienia czegoś co wymiar sprawiedliwości nazywa zabójstwem ze szczególnym okrucieństwem, a co my skłonni jesteśmy nazwać aktem miłosierdzia. Wyjątkiem od normy nie jestem, dlatego sama również na niejednym idiocie nogi połamałam. Mogło by mnie to nauczyć jak się z żywiołem obchodzić, żeby straty ograniczyć do minimum, albo jak żywiołowi w odpowiednim momencie wskazać drzwi w sposób, który sprawi że poczuje on narastające podniecenie przed zbliżającą się podróżą.. Ale nie! Zawsze mi idiota przycupnie w życiorysie i siedzi, i nie ma siły ani sposobu, żebym się go pozbyła, zanim uda mu się doprowadzić mnie do rozpaczy skrajnej i beznadziejnej. I dla jasności – nie ma tu mowy o związkach, czy personalnie wręcz o omałocomężu, bo wiem, że to Wam właśnie podpowiada wyobraźnia. Mowa jest o ogóle, a sam wywód ma rys hipotetyczny, choć luźno oparty jest na faktach. Koniec końców, konkluzja mnie się nasuwa taka (na przykładzie osoby własnej), że na idiotę nie ma rady. Chwyta za serce jak przedszkolna akademia, rozum odbiera jak wygrana na loterii i bezkarnie, w ramach zadośćuczynienia, sieje zniszczenie. Na szczęście miły los, choć na idiotę nie wynalazł jeszcze antidotum, to przynajmniej gotów jest użyczyć mi plaster..

Upał

Ależ cudne takie tropiki! Lubię bardzo!. No fakt, że się ciut szybciej dochodzi do stanu, kiedy przebywanie z samym sobą staje się uciążliwym obowiązkiem, z uwagi na wydzielany aromat. Ale kij z tym! Dostęp do bieżącej wody wszak posiadam, to jak mi ze sobą źle, wystarczy, że skorzystam z tego dobrodziejstwa cywilizacji. Można by uznać, że taka aura to trochę jak przedsionek piekła, co gruntuje jedynie mój pogląd, że w piekle niewątpliwie bardzo by mi się podobało, zważywszy że już sam jego przedsionek tak mnie cieszy. Stanowczo wolę jak mi gorąco niż jak nie. Szkoda mi tylko zwierzyny mojej zadomowionej, bo ona już taka przesadnie szczęśliwa nie jest. Pies mój a właściwie to suka pokochała wentylator miłością bezgraniczną, kot natomiast leży plackiem na podłodze i zaklina rzeczywistość.. Dzieć lata wokół zwierzyny w samych majtach, raz na czas jakiś zażywając orzeźwiającej kąpieli, co czyni go szczęśliwym niczym prosię w deszcz. Wdał się w mamusię widać, bo upał to dla niego nie przeszkoda..

Nie lubię

Snując – przypuszczalnie – plany zaproszenia mnie na spotkanie okraszone rozrywką, zapytano mnie dzisiaj profilaktycznie „czy lubię lody?”. Nie lubię. Nie jestem jednak chimerycznie uprzedzona i jak mi się już mazistą, zamrożoną masę podstawi pod nos, to zjem. Ale na przyszłe razy i na wszelki wypadek spieszę z listą przyjemności i upodobań, które w kontekście mojej osoby mogą budzić wątpliwość. Nie lubię otóż sportu, głównie uprawiać, a jak już mam na niego patrzeć, to wyłącznie przy piwie i w miejscu tłumnym, bo się żenująco ekscytuję i ryja drę niehumanitarnie. Nie lubię owoców, za wyjątkiem przetworzonych w dżemy podane na chałce. Reszta nie stanowi dla mnie pożywienia, tylko zawracanie dupy. Nie lubię koncertów. Chyba, że te kameralne, na których artysta moim oczom jawi się jako realnych kształtów przedstawiciel mojego gatunku, a nie w charakterze rozmytego piksela, który udaje, że to wcale nie śpiewa za niego magnetofon.. (matko jakie to fajne słowo jest:)). Nie lubię tłumów, imprez (z muzyką, która muzyką jest tylko dlatego, że nikomu się nie udało wymyślić słowa, które mogłoby to nazwać), na dodatek pośród bandy chaotycznych, wspomaganych chemicznie, rozhipsteryzowanych potworków, dla których kultura tożsama jest z jakże kreatywnym przeczeniem wszystkiemu, co kulturą jest w istocie. Nie lubię wstawać przed 6ą, a już z całego serca na lubię jak się mnie przed 6ą budzi. Nie lubię wenge i katalogów z modą ślubną. Nie lubię propagowania osobistych politycznych zapatrywań, wychodząc z założenia, że każdy ma swoje na swoje potrzeby, bo z politycznymi poglądami jest zupełnie tak jak z dupą – to jest: każdy ma swoją. Nie lubię filmów, których nie lubię i nie lubię udawać, że jest inaczej. Nie lubię jeździć jako pasażer, bo mnie to niemożliwie stresuje z przyczyn różnych. Nie lubię placów zabaw i ekokawiarni dla ekoszurniętych mamuś i ich biednych nieznających smaku czekolady dzieci. Takowoż nie lubię dzieci w większej ilości. Nie lubię ludzi co nie czytają. Nie lubię jak mi zimno. Nie lubię rodzinnych spędów, niezależnie od okazji. Nie lubię kawy bez cukru, zielonej herbaty i kakao bez kropelki czegoś mocniejszego. Nie lubię oficjalnych spotkań, bo mnie przy ich okazji świerzbi język i nijak nie mogę temu zaradzić, a tego nie lubię jeszcze bardziej. Nie lubię zmrożonego piwa, ciepłej wódki i drinków z sokiem pomarańczowym. Nie lubię jak mi się przerywa, nie mając na dodatek nic ciekawego do powiedzenia. Ciem nie lubię prawie tak samo jak nie lubię ludzi, którym się wydaje, że wiedzą lepiej. Nie lubię jak mi się od wilgoci marszczy skóra na opuszkach palców. Z grubsza tyle. Nie wykluczam, że jest tego więcej, ale chwilowo pamięć użyczyła mi swych zasobów tylko w takim zakresie.

Niegroźny ale wariat

Z omałocomężem stadło tworzymy od lat zaledwie kilku, znamy się natomiast od dziesięciolecia. Może nie jest to szmat czasu i staż naszej znajomości nie jest szczególnie imponujący, ale wystarczający w zupełności do poznania się nawzajem. Się ale nie tylko, bo poznać zdążyliśmy także nasze towarzyskie kręgi, rodzinne zależności i zawodowe grunty. I tak, oweż grunty w kontekście osoby omałocemęża przedstawiają się cokolwiek niestandardowo, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę osobowości, z którymi omałocomąż ramię w ramię tworzy dzieła, za które następnie mu płacą. Jest bowiem małżonek mój członkiem braci informatycznej, cechującej się niebywałym kolorytem charakterów i koszul w kratę, słabością do koszulek z postaciami z gier różnych a także kreskówek, oraz imponującym zamiłowaniem do najróżniejszych zaburzeń, które w oczach pospólstwa, z informatyka czynią niegroźnego – ale jednak – wariata. Ponieważ małżonek raz na czas jakiś zmienia miejsce zatrudnienia idąc z duchem postępu, wariatów miałam już okazję oglądnąć małe stado, z różnym skutkiem i konsekwencją. Spieszę jednakowoż z uprzejmą informacją, że fakt brania kogoś za dziecko innego boga, nie jest w moim przypadku równy głębokiej niechęci. Ależ skąd! Niektórych wariatów lubiłam całkiem, innych mniej, jeszcze innych wcale. Co nasuwa przypuszczenie, że w zasadzie traktuję ten gatunek na prawach zupełnie takich samych jak i resztę społeczeństwa. Albo przynajmniej się staram. W każdym razie bądź, w aktualnym miejscu pobierania miesięcznego wynagrodzenia, omałocomąż nabył nowe znajomości i jedna ciut mnie jakby zastanawia. Bo pierwszy raz w życiu branżowy wariat przyplątał mnie się osobiście, a nie wyłącznie jako znajomy omałocomęża w stopniu koleżeńskim. Odstępstwo wariata od norm przejawia się natarczywym i bezustannym pozdrawianiem mojej osoby przy użyciu mojego małżonka. Ja rozumiem, że raz na czas jakiś można ukłon złożyć w stronę człowieka, ale żeby tak za każdym razem?! Zaczynam odczuwać psychiczny dyskomfort dzwoniąc do mnie przynależnego wariata, bo wiem, że jak tylko odbierze połączenie, natychmiast zostanie obarczony koniecznością przekazania mi pozdrowień, a ja koniecznością ich przyjęcia. Nie wiem doprawdy jak biedakowi pomóc (nie mężowi, a koledze), bądź też jak pomóc sobie, bo może się tak zdarzyć (choć nie musi), że nieszczęśnik czując imperatyw obdarzenia mnie kolejnymi pozdrowieniami, czuje się równie nieszczęśliwy jak ja będąc nimi co i rusz obdarzana. Mam nikłą, ale szczerą nadzieję, że medycyna poznała już taki przypadek, i na tej podstawie ukuła plan skutecznej terapii, bo jako żywo leży mi na sercu poprawa zdrowia psychicznego kolegi po fachu omałocomęża. Mniej więcej w stopniu równym chęci pozbycia się przesadnie uprzejmego natręta. Skądinąd pozdrawiam ;)

Frater Electus

Mimo że pokusa jest wielka, to jednak nie pozostaję jednostką zupełnie aspołeczną i w ramach walki z czyhającą za rogiem socjopatią – posiadam znajomych. Różnych. W grupie raczej niewielkiej acz satysfakcjonującej. Zawierają się w niej (tej grupie) jednostki z różnych względów wyjątkowe, również wyjątkowa bywa historia mojej z nimi znajomości. Mam na przykład jednostkę zaprzyjaźnioną – można by rzec, że jest on swoistym frater electus – z którą łączące mnie stosunki ewoluowały od wyrosłej na gruncie zawodowym niepohamowanej, zapiekłej niechęci, do przesadzonej na grunt prywatny, złośliwej, sarkastycznej sympatii. I mimo, że w drugim etapie tkwimy już od kilku lat, nadal zastanawia mnie jak na miłość boską mogło do tego dojść (?!|)..

W każdym razie.. – pomna uczuć jakie do jednostki żywiłam we wcześniejszym okresie i tego jaki na jego temat miałam wyrobiony pogląd, przy wielu sposobnościach daję się zaskoczyć faktom, które owemu poglądowi przeczą. Podoba mi się to. Nie element zaskoczenia, tylko to że jednostka nie spełnia ówczesnych moich oczekiwań, a wręcz przeciwnie. A z racji udomowienia jednostki i wcielenia go (poniekąd) do rodziny – nawet budzi to mój cichy podziw i – co tu dużo mówić – dumę z mniejszego brata:) Teraz także jednostka sprawiła mi niespodziankę, pospołu z damą swojego serca, z którą przyjazne stosunki łączą mnie takowoż. Różnica być może polega tylko na tym, że o damie serca od zawsze miałam jak najlepsze zdanie.. Strasznie mnie ich plany i działania cieszą i chwytają za serce, i rada jestem, że będę je mogła oglądać i w nich uczestniczyć! No a potem, jako że słowo się rzekło, zestarzejemy się przez płot.. Kto by pomyślał?!:)