Archiwa kategorii: Kulinarnie

Risotto Na Szybko Po Polsku

Ażeby ulżyć głodnym brzuchom i sprostać wymagającym podniebieniom, trzeba nam kawałek schabu, bądź szynki, w ostateczności kurzego cycka (w ilości zależnej od liczby brzuchów i podniebień), bulion domowy, pozostałość rosołu z niedzieli (ja sobie profilaktycznie takie resztki mrożę, żeby potem były jak znalazł), a w wypadku nagłym kostki rosołowe, włoszczyznę młodziutką pachnącą, i przyprawy – wedle uznania, ale nie przesadnie ostre, bo chcemy poczuć błogie smaki, a nie ogień najpierw w gębie, no a potem w .. A! No i winko. Najlepiej białe. I oczywista ryż do risotto – ja preferuję Kupca, bo mi się najlepiej sprawuje w garnku. Ilości w gramach, litrach czy innych nie podaję z rozmysłem, bo gotuje się na duszę a nie na miarki. Ja w każdym razie tak mam.

No więc mięsko sobie kroimy na kawałki jakktowoli (albo w kochę, albo kosteczkę), podsmażamy na masełku na złoto, koniecznie na głębokiej patelni – a jak kto nie ma, to w garnku. Jak się przyrumieni dodajemy włoszczyznę pokrojoną takowoż (cebulka, marcheweczka, seler, cukinia, pietruszka, nać z selera), podsmażamy jeszcze chwilunię i podlewamy dość obficie winkiem. Pyrkolimy chwilę na małym gazie, a następnie wsypujemy ryż. Mieszamy. Jak nam ryż wchłonie winko, to zaczynamy potrawę podlewać rosołkiem. Po trochu, po chochelce. Dobrze, żeby rosołek nie był zimny, tylko w przypadku najgorszym w temperaturze pokojowej. I mieszamy. I podlewamy. I mieszamy. I podlewamy. I tak do momentu, kiedy nam się ryżyk nasyci płynem i przestanie chrupać w zębach. Używany rosołek zwykle bywa słony, dlatego z doprawianiem czekamy aż potrawa się uwarzy. Jak nam mało smaków – solimy, pieprzymy, i wrzucamy porządną wiąchę usiekanego kopru. Znowu mieszamy. A jak komu mało kalorii, może dodać łyżkę śmietany. Zrobi się wówczas nasze danie jeszcze bardziej kremowe i ciut złagodnieje smakowo. I już! Tadam! Nakładamy na talerze i wsuwamy… co właśnie zamierzam uczynić, gdyż moje risotto deklaruje gotowość do spożycia.. bon appétit!!

Drożdżowe

Mój omałocomąż nie grzeszy talentem kulinarnym. Parę innych posiada, ale tego jednego mu opatrzność poskąpiła. Nie spędza mi to snu z powiek, bo ma też swoje niewątpliwe zalety. Przede wszystkim WIEM CO JEM i żadnej niespodzianki mi szanowny małżonek w pożywieniu nie przemyci (celem na przykład skrócenia moich doczesnych mąk egzystencjalnych). Druga zaleta jest otóż taka, że stosujemy podział obowiązków – ja gotuję, on prasuje i zmywa, dzięki czemu nie pamiętam już kiedy ostatnio wykonywałam te znienawidzone czynności. W całym tym ogromie kulinarnego mężowskiego niedołęstwa jest jednak jedna rzecz z gatunku tych spożywczych, która wychodzi mu znakomicie. Jest apetyczna, smaczna i nikt jeszcze nie dokonał żywota po jej spożyciu. Jest to bowiem wypiek. A konkretnie ciasto drożdżowe. I w tym miejscu muszę uczciwie przyznać, że doprawdy trzeba byłoby być jednostką wyjątkowo paskudnie niedopracowaną, żeby sobie z owym rarytasem nie poradzić. Ciasto jest bowiem drożdżowcem oszukanym i wychodzi zawsze i każdemu. Nawet takiemu niezaprzeczalnemu beztalenciu jak mój osobisty małżonek. Dla zainteresowanych poniżej zamieszczam przepis na to cudo.

Paczuszkę drożdży (a najlepiej 1,5ej) wkruszyć do miski, zasypać 1,5 szklanki cukru, dodać 4 roztrzepane jaja i 200g margaryny (wcześniej zmrożonej w zamrażalniku i startej na tarce o grubych oczkach). Na koniec zalać 1 szklanką ciepłego mleka. NIE MIESZAĆ!!! Przykryć ściereczką i odstawić na min. 3 godziny, a najlepiej na całą noc.
Następnie dodać 700g mąki, esencję waniliową, bakalie. Wszystko wymieszać, przełożyć do formy i piec 40-50 min. w piekarniku nagrzanym do 180oC. (Wierzch można posypać kruszonką. Oczywiście przed upieczeniem.) Smacznego :)