Archiwa autora: admin

Klątwa omałocomęża

Jakoś tak się w życiu poukładało, że na pół roku zostałam pozbawiona towarzystwa omałocomęża. Szczęśliwa okoliczność, bo przerywniki potrafią całości nadać lepszy kształt. Ale żeby mi się całkiem od tego dobrodziejstwa w dupie nie poprzewracało, nieprzyszły małżonek rzucił na mnie klątwę, o czym skrupulatnie zapomniał mnie uprzedzić. Bym się może przygotowała, składkę na ubezpieczenia zapłaciła większą, czy co… A tak, w chwilę po tym jak szanowny oddalił się w stronę zachodzącego słońca, zapadłam trwale na zęba, co już był rokujący. Bolesna walka trwała miesiącami, aż w końcu tuż przed szanownego powrotem na łono rodziny, zęba trzeba było usunąć, bo mi brakło i sił i ibuprofenu.. Zatem bolesne dolegliwości natury dentystycznej małżonek mi fundnął na całą swoją w życiu moim absencję. Chyba cham..?? Ale to nie koniec, a ledwie początek. – W czasie bycia słomianą omałocowdową, udało mnie się także złamać rękę w łokciu, hurtowo – w dwóch miejscach. A ponieważ jestem praworęczna, to oczywistą rzeczą jest, że poszła mi w drzazgi ręka prawa, bo przecież jakby lewa, to bez sensu… A że złamałam tę rękę wstając z łóżka, to już insza inszość, która jednak niezbicie dowodzi, że się omałocomąż o to ni chybi wystarał. Doznałam w trakcie tego półrocza także i innych przyjemności – zapalenie górnych dróg oddechowych, ciągnące się tygodniami, atak korzonków, zapalenie ucha.. A ostatniego dnia, kiedy wydawać by się mogło – nie było ni czasu ni miejsca na kolejną tragedię – na cztery godziny przed odlotem użarł mnie pies, dziurawiąc mi twarz w dwóch miejscach, w tym w jednym zasadniczo:/ Najgorsze, że jak już się z omałocomężem spotkałam, na powrót tworząc z nim rodzinne szczęśliwe stadło, zapomniał on był – chyba z tej radości – nieszczęsną klątwę anulować, w czego wyniku z miejsca zapadłam na paskudne przeziębienie:/ Jakby się komuś zatem, w najbliższym czasie szykowała przewlekła rozłąka z ukochanym, niech lepiej pomny moich doświadczeń, poprosi o warunki klątwy ujęte w kilku zwięzłych paragrafach, koniecznie na piśmie. A już z całą stanowczością sugeruję wykupienie korzystniejszej polisy i opłacenie zaległych składek na fundusz zdrowia.

Moje uszanowanie!

Komfortowo nie jest. Znaczy w zasadzie jakby jest in plus, no bo lepiej niż gorzej, wygodniej ciut, przestrzeń, wyższy poziom wtajemniczenia… Ale NO KURNA! – komfortowo ni w ząb! Mam taką teorię, że zmarznąć jeszcze zdążę, rozpuścić się tym bardziej, bo – jakby to ująć..? – nie jestem gorącą zwolenniczką całopalenia. No więc przyjdzie na to pora i czas, i niekoniecznie mam ochotę na przymiarkę za życia :/ Tymczasem, odkąd moje miejsce bytowania zyskało wyższy standard – nieustannie marznę i rozmakam. Mchem niebawem porosnę, pleśnią, pąklem i paprocią..:/ No i chciał nie chciał, na przekór racjonalnym argumentom, za to pod naporem okoliczności przyrody – znalazłam się w czarnej dupie emigracji. Pewnie, że nie może być przesadnie pięknie, bo mi się światopogląd skurczy, a może i obumrze (znamy wszak takie przypadki), i wię wię, że przeciwwaga w naturze musi być zachowana, bo inaczej w matrixie się robi bałagan.. Ale dusza jęczy, mimo że uświadomiona..

Dobra! – żal mi się ulał, oddychać jakby lżej. To może teraz ciut troszku radośniej: uprzejmościowo wszystkich witam po okresie niedołęstwa i apatii. Moim własnym. Był taki moment, że czasy nastały trudne, niebo zasnuła szara mgła, a kwiaty przestały kwitnąć.. No ale, wszystko to na szczęście szlag już jasny trafił. Co się rozsypało, udało się poskładać w jako taką całość, i teraz pora na powrót z katatonii. Pół roku raptem, a przyniosło tyle zmian, że materiału na lanie wody mam ilość znaczną. – Zdarzył się cud, spełniło się marzenie, coś się złamało, coś zrosło.. Szał ciał! No to jak? – Przedstawienie czas zacząć! :)

Życzenia Świąteczne

Właśnie wróciłam ze spaceru z psem. Urozmaicili mi przechadzkę dwaj panowie, wątłej acz żylastej budowy, przyodziani w dresy – a jakże!, z twarzami skrytymi w cieniu kapturów.. Nie, nie okazali mi braku sympatii, stałam bowiem w odległości i miejscu chroniących moją osobę (oraz osobę mojego psa) przed zamglonym – jak sądzę, i pozbawionym znamion rozumowania wzrokiem owych panów. Nie miał niestety tyle szczęścia co ja – kosz, który lekkomyślnie stanął panom na drodze, godząc w ich honor i poczucie estetyki. Dotknięci do żywego, nabrali na tę okoliczność powietrza w płuca, żeby wątłe ich ciała na wrogu sprawiły wrażenie rosłych i kipiących testosteronem, oraz żeby trochę tego powietrza upuścić modulowanym głosem wykrzykując „ERTE! ERTEES! KUUURRRWAAA!” Z bitewnym tym okrzykiem natarli na kosz, który ustępując miejsca głupocie, runął z łoskotem na chodnik.. Łoskotu panowie nie brali w rozrachunek, więc jak tylko się rozległ, ciałka ich na powrót stały się wątłe, nawet jakby lekko przykurczone i zdolne już do tego, by bardzo bohatersko wziąć nogi za pas.

Ponieważ jestem posiadaczką głupiego charakteru czas jakiś temu zapewne nie powściągnęłabym języka, narażając się na dalsze tego konsekwencje. Aktualnie jednak mogłabym nie podołać zadaniu – to raz, a dwa, że mój nie najmłodszy już pies a właściwie to suka, zupełnie bezpodstawnie naraziłby się także, wiernie mi towarzysząc. Zmilczałam zatem, ale niesmak czułam do siebie równie intensywny, co do panów brak szacunku.. Z uwagi jednak na to, że zbliżają się Święta chciałabym życzyć tym panom.. nie, w zasadzie to nie im. Chciałabym z całego serca życzyć ich dzieciom, bo wbrew logice ewolucji panowie zapewne się rozmnożą, żeby jakimś cudem uniknęły konieczności dziedziczenia..

Chodnik

Ponieważ jak wiadomo miasto ma budżet nie ujęty w żadne ramy, a dodatkowo zwykło nim rozporządzać z namysłem i rozwagą, od kilku dni poprawiana jest jakość chodnika biegnącego wzdłuż ulicy, przy której zamieszkuję. Czy „poprawiana” to też akurat nie do końca mam pewność, żywię tylko przypuszczenie, że zamysł był właśnie taki.. Chodnik – owszem – nie grzeszył ani urodą, ani wygodą, ale nie stanowił znowu bógwieczego, wymagającego natychmiastowej interwencji. Ktoś jednak doszedł do wniosku, że godzi on w jego obywatelskie poczucie odpowiedzialności, i zarządził remont. Kto nie wiem, być może mam w bliskim sąsiedztwie jakiegoś radnego..(?) I tak, na podstawie jakiegoś pisma, które ktoś gdzieś kiedyś zapewne podpisał, zerwano chodnik pierwotny, mało piękny, z betonowych płyt się składający, zastępując go systematycznie chodnikiem nowym, mało pięknym, z betonowych płyt się składającym, jednakoż po bokach obłożonym kanciastą, ostrą jak brzytwa kostką granitową. Ja tam może znawcą nie jestem, ale kurde pięknie nie jest :/ .. choć pewnie być miało. Dając sobie spokój z estetyką, zoczmy na wygodę. Chodnik pierwotny, w przypadku upadku w wyniku się o niego potknięcia, stanowił podłoże może i twarde, ale za to gwarantujące zdarcie sobie li tylko wierzchniej warstwy naskórka. A i to przy dużym pechu. Nowy chodnik natomiast i oważ ślicznej urody kostka granitowa, gwarantują zdarcie sobie skóry, oraz głębszych partii tkanek miękkich, aż do kości. A i to przy dużym szczęściu. Dodam, że chodnik ów znajduje w najbliższym sąsiedztwie szkoły podstawowej, placu zabaw, boiska.. No ale za to jest NOWY, i ktokolwiek, kiedykolwiek i gdziekolwiek złożył ten podpis, jest teraz niewątpliwie dumny z osiągnięcia. Polityka, na jakim szczeblu by nie była uprawiana, jest chyba jedynym zawodem świata, który nie wymaga od wykonujących go osób umiejętności myślenia..

Hipsterski remont

W doborowym towarzystwie przyszło mi ostatnio dokonywać zniszczeń w konsekwencji aktu tworzenia. Rzecz miała miejsce w metrażu zaprzyjaźnionej hipsterki, która jak to jest w hipsterskim prawie zapisane – hipsteryzuje głównie poprzez negację. Akt tworzenia bowiem, w rozumieniu ogólnym zwany remontem, postanowiła popełnić własnoręcznie, z dużą mocą i histerycznie odmawiając wszelkim próbom i ofertom udzielenia jej pomocy. Nie chciało jakoś do hipsterskiej głowy trafić proste wyjaśnienie, że grono zaprzyjaźnione nie składa tychże ofert powodowane współczuciem, a jedynie chętne jest użyczyć własnych sił witalnych do realizacji powziętego planu. Szczęśliwie dla obu stron, hipsterka z upływem czasu zwalczyła niemoc społeczną i drzwi do jej remontowanych apartamentów stanęły dla nas otworem. I coś Wam powiem. Nie warto jest doprawdy zamykać się we własnych czterech ścianach, czy to z remontem, czy ze szczęściem, czy ze smuteczkami. Bo hipsterka odkąd drzwi otwarła i przestała robić sceny, stała się osobą ciut jakby pogodniejszą, nieco mniej zestresowaną, a już na pewno nie czyniącą szkody w cudzych głowach własnym wyobrażeniem rzeczywistości. Nie ryglujmy zatem drzwi tylko dlatego, że coś nam się wydaje, bo zmierza to donikąd, a prowadzić może na przykład do obłędu ;)

Gałgał

Nie zgadzam się z teorią, jakoby dzieci winny rodzić się z instrukcją obsługi, żeby nowo mianowanym rodzicom co nieco ułatwić. Nie zgadzam się, ponieważ obsługa dziecka jest bardziej łatwa niż trudna, całkiem nawet przyjemna i w dużej mierze opiera się na tym co podpowiada nam intuicja. Zatem instrukcja obsługi nie. Ale na miły bóg (!), mógłby ktoś wpaść na pomysł dorzucenia do pakietu słownika! Pół dnia dzisiaj zajęło mi rozwikłanie zagadki co też takiego komunikuje mi Potomek. Ponieważ poczucie obowiązku, trochę sumienie i szczypta matczynej miłości nie pozwalają mi na puszczanie mimo uszu werbalnych osiągnięć mojego dziecka – męczyłam się niemożebnie, próbując dociec, co to do cholery jest „gałgał”. Widać było, że oważ rzecz dla młodego nie pozostaje bez znaczenia, budzi w nim emocje i prowokuje entuzjazm. Angażował się w komunikat całym sobą, tym bardziej pogłębiając moje męki wynikające z braku zrozumienia. PÓŁ DNIA upłynęło mi pod znakiem przeklętego „gałgała”, mojej pogłębiającej się nerwicy i kiełkującej wątpliwości czyje to dziecko.. Uratowało mnie niepedagogiczne narzędzie rodzicielskiej walki o wolność – znaczy telewizor, w którym to jakiś pan gdzieś tam podążał na traktorze. Moje dziecko zoczywszy ten sielski obrazek zagotowało się z radości, wskazało na scenkę rodzajową i z nieskrywaną satysfakcją wywrzeszczało owego „gałgała”.. I tym właśnie sposobem, po godzinach nieopisanej męki dowiedziałam się, że „gałgał” to traktor. Ze słownikiem byłoby łatwiej :/

Stereotyp

Niby cholera, nie powinno się podchodzić stereotypowo do rzeczy różnych i wszelkich, bo nam to wypacza światopogląd już na starcie. No ale weźmy na warsztat taki przykład: w bliskim sąsiedztwie, klatkę jedną zaledwie w prawo od mojej, mieszka para. Pani jest drobnej budowy, z powiewającym utlenionym włosem, z ewidentnym pociągiem do koloru różowego we wszelkich jego odcieniach i wariacjach, z paznokciem długim, zdobionym brokatem. Pan ma dwa metry wzrostu i tyleż samo w obwodzie karku, głowę starannie wygoloną, oraz – co wnoszę z poczynionych obserwacji – pokaźny zbiór wszelkiej maści spodni od dresu i koszulek bezlitośnie opinających nie tylko klatę, ale także ciut jakby wzdęty brzuch. Na koniec dla smaku dodam, że wożą się państwo dużym, srebrnym BMW i mają w posiadaniu małego, białego, bardzo rasowego pieska o imieniu Sisi… Ja mam chyba kurde słaby charakter jednak, bo nie umiem tknąć ich inaczej niż stereotypem:/

Dentysta sadysta

Najgorsze co może człowieka spotkać u lekarza, to kolejka. I ja już nawet nie mówię o gromadzie emerytów, którzy u lekarzy spędzają pozostały im czas życia, w cichości ducha licząc na to, że służbę zdrowia nawet śmierć omija kołem. Nie, ja mówię o tych, którzy wypytawszy o dolegliwość, raczą Cię opowiastkami, jak to oni…, albo jak to kolega…, albo że pani Kasia sąsiadka to na to umarła:/ Wczoraj gnana potrzebą, wylądowałam w kolejce do dentysty. Nie mam doświadczeń własnych, bo uzębienie jak dotąd nie sprawiało mi problemów, więc nie czekałam w ogonku zdjęta strachem. Do czasu. Kolejkowi współstacze, wyłapawszy natychmiast, że nie stoję tu, żeby wybielać, tylko żeby leczyć („Ooo.. a pani widzę też spuchnięta”), natychmiast podjęli się zadania i zaczęli uświadamiać mnie co to być może i czym się to skończy. Tym sposobem, zanim przyszła moja kolej, miałam w głowie żywo odmalowany obraz mnie samej, przywiązanej do fotela, z opływającą krwią, wyszarpaną jamą, która kiedyś była moją paszczą i z dentystą, który z obłędem w oku, przy pomocy młota i dłuta w szale twórczym naprawia to, co mi się popsuło. Taki miałam obraz w głowie, na mailu z kolei spisaną treść testamentu, w którym może i nie pozostawiam rodzinie oszałamiającej (póki co, póki co..) spuścizny, ale za to ładnie ich zapewniam, że za życia byli mili memu sercu.. Oczywista, okazało się, że zawdzięczane życzliwym opowieściom imaginacje nijak się mają do rzeczywistości, i więcej nerwów kosztował mnie pobyt POZA niż W gabinecie. Doprawdy nie wiem skąd w narodzie tak silna potrzeba skopania komuś tyłka, jeszcze zanim porządnie go nadstawił. I NA MIŁOŚĆ BOSKĄ! – skąd Ci ludzie biorą te historie(?!), bo jak faktycznie z życia, to ja nie mam pytań…

Przesilenie

Od tygodnia.. nawet ciut jakby dłużej, jestem niezdolna do życia i pozbawiona chęci do korzystania z jego uroków. Cholera by to wzięła! Ja nie jestem typ depresyjny i nie tkwię teraz tyłkiem w dołku, biadoląc nad tym jak mnie los okrutnie potraktował. Właśnie – KURNA! – los mnie zdaje się traktuje lepiej niż kiedykolwiek, za co – nie ukrywam – jestem mu dozgonnie wdzięczna. Mimo, że te jego (tego losu) prezenty przestraszają mnie całkiem mocno, ale panice nie ulegam. Fajnie jest, się wszystko kręci, gra i bucy, tchnie nadzieją, a ja mam problem, żeby z siebie wykrzesać szczątkowe bodaj ilości chcenia. No w tym problem właśnie – NIE CHCE MI SIĘ! Działam, bo muszę, ale jakbym tak nie musiała, to nie działałabym z pełnym zaangażowaniem. Przesilenie jesienne mnie dopadło? No bo chyba nie starość rany boskie? To już? ..

Tatar

Byłam w sobotę na zaprzyjaźnionym grillu weselnym. Super było, a na dokładkę pan młody postanowił mnie uczcić w sposób szczególny, czyniąc niewielkie szkody w obszarze mojego dobrego samopoczucia. Choć szkody niewielkie, to jednak skuteczne na tyle, aby pozbawić nasze pożegnanie zwyczajowej serdeczności. Okazało się, zresztą zgodnie z moimi przewidywaniami, że całość zdarzenia jawi się młodemu pozbawiona lekuchno konturów – wie on mianowicie, że coś zaszło, ale nie wie co konkretnie. I nie – boże broń i nie rób se jaj! – nie ma to podtekstu innego poza przyjacielsko/towarzyskim, a całe zajście oparło się na dyskusji, a nie na czynach. I dzisiaj właśnie, pan młody powodowany jak sądzę nie tyle troską, co ciekawością, postanowił rzecz wyjaśnić, a przynajmniej spróbować. Zadzwonił w tym celu do mnie – a jakże! – pytając, czy kiedykolwiek siekałam tatara(?)… Michał – tak na przyszłe czasy, bo pewno nie raz mnie jeszcze wyprowadzisz z równowagi – jak będziesz chciał ze mną pogadać, ale osłabiona pamięć i – być może – sumienie sprawią, że nie będziesz wiedział jak zacząć – zapytaj po prostu jaka u mnie pogoda, ok..? :)