Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

Tatar

Byłam w sobotę na zaprzyjaźnionym grillu weselnym. Super było, a na dokładkę pan młody postanowił mnie uczcić w sposób szczególny, czyniąc niewielkie szkody w obszarze mojego dobrego samopoczucia. Choć szkody niewielkie, to jednak skuteczne na tyle, aby pozbawić nasze pożegnanie zwyczajowej serdeczności. Okazało się, zresztą zgodnie z moimi przewidywaniami, że całość zdarzenia jawi się młodemu pozbawiona lekuchno konturów – wie on mianowicie, że coś zaszło, ale nie wie co konkretnie. I nie – boże broń i nie rób se jaj! – nie ma to podtekstu innego poza przyjacielsko/towarzyskim, a całe zajście oparło się na dyskusji, a nie na czynach. I dzisiaj właśnie, pan młody powodowany jak sądzę nie tyle troską, co ciekawością, postanowił rzecz wyjaśnić, a przynajmniej spróbować. Zadzwonił w tym celu do mnie – a jakże! – pytając, czy kiedykolwiek siekałam tatara(?)… Michał – tak na przyszłe czasy, bo pewno nie raz mnie jeszcze wyprowadzisz z równowagi – jak będziesz chciał ze mną pogadać, ale osłabiona pamięć i – być może – sumienie sprawią, że nie będziesz wiedział jak zacząć – zapytaj po prostu jaka u mnie pogoda, ok..? :)

Weselmy się

Nie jest tajemnicą, że unikam wesel. Niejedna znajomość mi się rozleciała przez uparty brak chęci uczestnictwa, niejedna też zapewne nie miała szansy zaistnieć. Nie znaczy to jednak, że w życiu na żadnym weselu moja noga nie postała, bo się zdarzyło, że owszem raz czy dwa.. Niestety owe uczestnictwo dowiodło tylko mojej tezy, że bywać nie ma sensu i trwałam w tym stuporze niezmiennie, aż do zeszłego tygodnia. W zeszłą bowiem sobotę miałam okazję uczestniczyć w przyjęciu uświetniającym zaślubiny pary, naówczas osobiście mi nie znanej, ale – co się w międzyczasie okazało – szalenie sympatycznej i obdarzonej, tak wspólnie jak i z osobna, niebywałym urokiem. Będąc sobą i organizując przyjęcie bez zadęcia, za to z wielką dozą swobody, odczarowali mój pogląd, żywiony względem imprez tej kategorii. Jawiły mi się one bowiem jako nadęte, bez klimatu, z ogromem gości, którzy słabo się znają, z młodymi zdjętymi strachem o koszty i liczącymi na to, że mimo wszystko się opłaci.. Okraszone to być miało moim zdaniem rzępoleniem kapeli, stanowiącej tło dla gwiazdy weselnych estrad i ciężkostrawnym jedzeniem przepijanym ciepłą wódką z brudnego kieliszka. Budząc mój szacunek i coraz większą nadzieję, Państwo Młodzi dowiedli, że można inaczej. Grono było zaprzyjaźnione, muzyka bez wstydu, jadło smaczne, napitek… tego niestety nie wiem, bo byłam kierowcą. To co jedynie stwierdzić mogę z obserwacji w kontekście spożywanego alkoholu, to że pity był z głową i dla zabawy, a nie w kontrze do niej. Gratuluję raz jeszcze Domi i Łukaszowi – przede wszystkim gotowości do wspólnych rozliczeń majątkowych, ale także dowiedzenia tego, że można świętować naprawdę, a nie bo wypada. STO LAT!

Był sobie ślub

Zwykle tego nie czynię, ale są sytuacje, które nie pozostawiają naszemu „zwykle” nikłej nawet nadziei na szanse powodzenia.. No więc, zwykle tego nie czynię, ale dzisiaj byłam na ślubie. Ślub był kościelny, więc z bajki innej niż moja własna, co absolutnie nie przeszkadzało mi szczerzyć się zawzięcie przez całość jego trwania. Poślubiali się bowiem wzajemnie brat mój przysposobiony i JUŻ (!) moja najmniejsza bratowa, co stanowiło dla mnie nieustający powód do wszechogarniającej radości. I, jako że wodzirej snuł swoją opowieść przez blisko godzinę (chwaląc pana i siejąc propagandę), czemu poświęcałam zaledwie nikłą część mojej uwagi, pozwoliłam sobie jej pozostałą resztę spożytkować na skróconą retrospekcję uświęcanej właśnie znajomości. I tak – dawno, dawno temu, choć zupełnie jakby wczoraj, w krainie rządzonej przez obłąkanego króla wielu imion i jednego wąsa, żyła sobie ONA.. Calineczka z charyzmą Goliata, osóbka niewielkich rozmiarów, acz wielkiego charakteru. W przekazie zdystansowana, wyważona, troszkę władcza, w odbiorze uroczo ekstrawertyczna, wyważona nadal choć w stopniu zrozumiałym, troszkę wariat… Żył sobie w owym królestwie także i ON. Hedonista, narcyz i oszołom. I w przekazie i w odbiorze bawidamek, lekkoduch i rycerz z gatunku tych, co nawet wiatraki im nie straszne. Jak łatwo się domyślić, ówże ON nie pozbawiony był także uroku. I tajemnicą niech pozostanie, czy to właśnie ten urok, czy inne przywary sprawiły, że ONA dała mu szansę na szczęście, a ON szczęśliwy z tej szansy skorzystał. Miło było patrzeć, jak razem uczą się życia, dopasowani do siebie jak dwa puzzle, które muszą się tylko dogadać który bardziej pasuje do tego drugiego. Cieszyło i oczy i serce, kiedy wyćwiczywszy cierpliwość na sobie, uznali że starczy jej także dla dziecka, które okazało się być darem spokoju, radości, miłości i przywiązania. I żyli tak we troje, znosząc burze, po których zawsze wychodziło słońce, siejąc, pieląc, kopiąc rowy, odkrywając co to takiego tempomat, że muffinki się je bez papierka, że roztrzaskany telefon utrudnia kontakty, że życie razem ma więcej sensu niż życie w pojedynkę. No! i przyszło dzisiaj, kiedy stało się jasne, że to poważne i nie na niby, na dowód czego ON rzekł „..i że Cze nie opuszczę aż do śmierci”, na co ONA odparła, że ona go też. I cóż mi pozostaje więcej, jak tylko napisać, że odtąd żyli długo i nieprzyzwoicie szczęśliwie..(?) Nic mi nie pozostaje, bo jestem absolutnie pewna, że będą żyć długo i szczęśliwie, kłócąc się i kochając, dyskutując i dochodząc do porozumienia, smucąc się i ciesząc, ciężko pracując i czasem – odpoczywając. Wiem to na pewno, bo niewielu jest ludzi, którzy tak jak oni razem wyglądają jak jedno. JESTEŚCIE CUDNI!! WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!

Znowu Tesco..

Pełna wiary w sprawność i wysoką funkcjonalność tworu jakim jest hipermarket – że wymienię z nazwy – Tesco widzewskie, postanowiłam popełnić tam dzisiaj zakup. Na szczęście niewielki i w znikomej liczbie, ale dla mnie szalenie istotny. I nie (!) nie chodzi o to, o co myślicie, że chodzi. Kupić miałam sztuki odzieży, dla mnie na tę chwilę szalenie istotne, bo niezbędne do realizacji powziętego planu. I nie (na miłość boską!) znowu nie chodzi o to, o co myślicie, że tym razem już chodzi na pewno. Mniejsza o sztuki, mniejsza o powody.. Garderobę znalazłam i dzierżąc w ręku zdobycz, dziarsko pomaszerowałam w stronę kas, gdzie dziarskość ze mnie uszła ze świstem, ustępując miejsca niedowierzaniu podszytemu irytacją. Otóż bowiem Tesco uznawszy, że siła robocza to absolutny przeżytek, powierzyło obsługę klienteli wyłącznie kasom samoobsługowym. Lubię, nie przeczę, że się mogę sama obsłużyć, nie stojąc w ogonku, ale ma to sens wówczas, gdy istnieją ogonki, w których stać bym musiała. Natomiast w Tesco, o godzinie – dodam – przyzwoitej, bo 19:30, nie działała żadna z kas obsługiwanych przez miłe panie z trwałą ondulacją. W związku z czym jedyny ogonek, który mogłam zasilić własną osobą, był tym, ciągnącym się do ułatwiających życie kas samoobsługowych. Przez całą długość sklepu się ciągnącym!! Ja nie wiem, kto w tym Tesco ma władzę zwierzchnią i decyduje o reorganizacji, ale jakby tak przed złożeniem podpisu spojrzał – już nie mówię, że na liczby – ale chociaż na zapis z monitoringu, może osiągnąłby, niewątpliwie mniej spektakularne, ale za to lepsze efekty..? Pewno, że ja sobie zdaję sprawę, że na dziesięciu kolejkowych staczy, co najmniej dwóch niewielkie miało pojęcie jak się samoobsłużyć, co w efekcie szkodziło przepustowości. Ale może by tak właśnie z myślą o nich, przywrócić choćby dwa stanowiska pracy z tych dziesięciu zlikwidowanych? Nie wiem jakie dalsze szkody poczyni tescowe kierownictwo, ale wiem jedno.. a właściwie to dwa wiem. – Nigdy więcej nie zrobię w Tesco zakupów i muszę do jutra do 16 znaleźć gdzieś te cholerne sztuki odzieży :/

Wojenka

Nie wpadła jak dotąd siła wyższa na pomysł stworzenia jednostki, która tak skrupulatnie i efektywnie rujnowałaby mój system nerwowy, jak to czyni mój szanowny omałocomałżonek. Z natury – owszem – jestem osobą raczej wybuchową, zuchwale kurwującą i z cholerycznym usposobieniem. Dla urozmaicenia jednak, posiadam także pokaźnych rozmiarów cierpliwość, której jak dotąd udaje się ustrzec mnie przed karą pozbawienia wolności. Jest wszak jedna na świecie osoba, która potrafi obejść cierpliwość moją zręcznie i z fachową starannością bezpośrednio kij wetknąć w mrowisko. Dzisiaj omałocomąż także święci sukcesy w tej materii, w czego konsekwencji lubimy się chwilowo tylko w granicach jakie nakazuje przyzwoitość. Muszę jednak mężowi oddać sprawiedliwość. Do mnie cierpliwość mieć to też trudna sztuka. No bo jak zaczerpnąć z jej zasobów, kiedy beneficjent wali na oślep..? Ciężkie jest życie małżeńskie, oj ciężkie..

Męskie rozterki

Idę na wesele. Pojęcia nie mam, kto się będzie dobrowolnie pozbawiał części swobód obywatelskich, bowiem na wzniosłą uroczystość się udam w charakterze osoby towarzyszącej. Nie znam zatem młodych, nie wiem nawet czy młodzi są w istocie, nie znam takowoż nikogo z zaproszonych gości, za wyjątkiem osoby, której będę towarzyszyć. Może być dla Was niespodzianką, choć nie musi – wszak historia zna różne przypadki, że towarzystwem swoim będę służyć damie, znaczy się człowiekowi o płci zupełnie takiej samej jak moja. Ponieważ dama została zaproszona na przyjęcie jako dama, ja wzięłam na siebie obowiązek bycia mężczyzną w tym związku. Na okoliczność tę zakupiłam zatem czarne spodnie w kant i białą koszulę, muchę gustowną będę mieć w grochy… Nie wiem tylko zupełnie co uczynić z chusteczkami, telefonem i kilkoma innymi drobnym przedmiotami, które decydują o komforcie mojej egzystencji..? Wszak mężczyźnie zupełnie nie wypada dzierżyć w dłoni torebkę zwłaszcza wizytową, ani – jak mi się wydaje – upychać drobnego majątku ruchomego po eleganckich kieszeniach..(?) Doprawdy mam kłopot..

Jaka wina taki idiota

Ponieważ los głównie bywa dla mnie łaskawy, raz na czas jakiś, dla równowagi, daje mi w solidnego kopa w tyłek. Nie unoszę się wówczas honorem i nie chowam w sercu urazy, wierząc głęboko w sens postępowania opatrzności, która niewątpliwie dba o to, żeby mi się w dupie nie poprzewracało. Zwłaszcza, że zasinienia w miejscu siedzenia, wynagradza mi zwykle opatrzność z nawiązką. Może się tak zdarzyć, że ogólne moje zadowolenie wynika nie tyle z łaskawości losu, co z niewygórowanych wymagań, ale jeśli tak jest w istocie, to chyba nawet lepiej.. Kopniaki wymierzone w mój odwłok przyjmują różne kształty i nazwiska, nigdy jednak – na szczęście – nie są one okraszone tragedią. A karą, zdaje się jedną z najdotkliwszych i boleśnie doskwierających, jakie dostaję za przewiny – jest idiota. No bo co zrobić kiedy przewrotny los nam rzuca pod nogi nie kłody, a idiotów właśnie..? A jeszcze na domiar złego idioci są to nam przyporządkowani, bo stanowią dla nas rodzinę, nawet jeśli nie w rozumieniu prawa, to jednak.. (?) Wiem oczywiście, że subiektywizm, którego nikt kto rozumny nie jest w stanie się wyrzec, nakazuje nam idiotów dostrzegać tam, gdzie być może inni zupełnie ich nie widzą. Zdaję sobie także sprawę z oczywistego faktu, że ja dla gawiedzi również uosabiać mogę miałki intelekt, mimo że sama o sobie mam raczej nie najgorsze zdanie. Na ogół. Ponieważ jednak jest to moje osobiste miejsce kładzenia kawy na przysłowiowy mebel, to pozwolę sobie wyrazić pogląd dotyczący wspomnianych idiotów, za punkt odniesienia biorąc mnie samą, a co za tym idzie także i moje odczucia. Cudze na ten moment wetknąwszy tam, gdzie wzrok nie sięga. Wracając zatem do idiotów nam przynależnych, co nam brużdżą w życiorysie, pozbawiając nie tylko dobrego samopoczucia, ale także – bywa że – chęci do dalszej egzystencji. Mogą to być otóż idioci różnego sortu, spokrewnieni bądź nie, w stopniu dalszym lub bliższym, darzeni uczuciem, zaprzyjaźnieni, oswojeni.. Grunt, że dzielący z nami przestrzeń życiową, jeśli nie stale, to przynajmniej raz na czas jakiś, a z uwagi na zażyłość, niebywale trudni do wyplenienia. No bo tak to bywa z udomowionym idiotą, że ani to obejść, ani przeskoczyć. Mimo że uświadamiamy sobie boleśnie, że jednostka prezentuje ten poziom zidiocenia, który uniemożliwia nam bytowanie w atmosferze nie tyle przyjemnej, co choćby znośnej, to nie możemy jej w oczy wyrazić poglądu, ani spakować walizek, przez wzgląd być może na uczucie, albo zwykłą ludzką przyzwoitość. Efektem tego jest nasza nasilająca się nerwica, chęć ucieczki gdziekolwiek byleby dalej, czy wreszcie nieodparta potrzeba popełnienia czegoś co wymiar sprawiedliwości nazywa zabójstwem ze szczególnym okrucieństwem, a co my skłonni jesteśmy nazwać aktem miłosierdzia. Wyjątkiem od normy nie jestem, dlatego sama również na niejednym idiocie nogi połamałam. Mogło by mnie to nauczyć jak się z żywiołem obchodzić, żeby straty ograniczyć do minimum, albo jak żywiołowi w odpowiednim momencie wskazać drzwi w sposób, który sprawi że poczuje on narastające podniecenie przed zbliżającą się podróżą.. Ale nie! Zawsze mi idiota przycupnie w życiorysie i siedzi, i nie ma siły ani sposobu, żebym się go pozbyła, zanim uda mu się doprowadzić mnie do rozpaczy skrajnej i beznadziejnej. I dla jasności – nie ma tu mowy o związkach, czy personalnie wręcz o omałocomężu, bo wiem, że to Wam właśnie podpowiada wyobraźnia. Mowa jest o ogóle, a sam wywód ma rys hipotetyczny, choć luźno oparty jest na faktach. Koniec końców, konkluzja mnie się nasuwa taka (na przykładzie osoby własnej), że na idiotę nie ma rady. Chwyta za serce jak przedszkolna akademia, rozum odbiera jak wygrana na loterii i bezkarnie, w ramach zadośćuczynienia, sieje zniszczenie. Na szczęście miły los, choć na idiotę nie wynalazł jeszcze antidotum, to przynajmniej gotów jest użyczyć mi plaster..