Miesięczne archiwum: Lipiec 2013

Upał

Ależ cudne takie tropiki! Lubię bardzo!. No fakt, że się ciut szybciej dochodzi do stanu, kiedy przebywanie z samym sobą staje się uciążliwym obowiązkiem, z uwagi na wydzielany aromat. Ale kij z tym! Dostęp do bieżącej wody wszak posiadam, to jak mi ze sobą źle, wystarczy, że skorzystam z tego dobrodziejstwa cywilizacji. Można by uznać, że taka aura to trochę jak przedsionek piekła, co gruntuje jedynie mój pogląd, że w piekle niewątpliwie bardzo by mi się podobało, zważywszy że już sam jego przedsionek tak mnie cieszy. Stanowczo wolę jak mi gorąco niż jak nie. Szkoda mi tylko zwierzyny mojej zadomowionej, bo ona już taka przesadnie szczęśliwa nie jest. Pies mój a właściwie to suka pokochała wentylator miłością bezgraniczną, kot natomiast leży plackiem na podłodze i zaklina rzeczywistość.. Dzieć lata wokół zwierzyny w samych majtach, raz na czas jakiś zażywając orzeźwiającej kąpieli, co czyni go szczęśliwym niczym prosię w deszcz. Wdał się w mamusię widać, bo upał to dla niego nie przeszkoda..

Nie lubię

Snując – przypuszczalnie – plany zaproszenia mnie na spotkanie okraszone rozrywką, zapytano mnie dzisiaj profilaktycznie „czy lubię lody?”. Nie lubię. Nie jestem jednak chimerycznie uprzedzona i jak mi się już mazistą, zamrożoną masę podstawi pod nos, to zjem. Ale na przyszłe razy i na wszelki wypadek spieszę z listą przyjemności i upodobań, które w kontekście mojej osoby mogą budzić wątpliwość. Nie lubię otóż sportu, głównie uprawiać, a jak już mam na niego patrzeć, to wyłącznie przy piwie i w miejscu tłumnym, bo się żenująco ekscytuję i ryja drę niehumanitarnie. Nie lubię owoców, za wyjątkiem przetworzonych w dżemy podane na chałce. Reszta nie stanowi dla mnie pożywienia, tylko zawracanie dupy. Nie lubię koncertów. Chyba, że te kameralne, na których artysta moim oczom jawi się jako realnych kształtów przedstawiciel mojego gatunku, a nie w charakterze rozmytego piksela, który udaje, że to wcale nie śpiewa za niego magnetofon.. (matko jakie to fajne słowo jest:)). Nie lubię tłumów, imprez (z muzyką, która muzyką jest tylko dlatego, że nikomu się nie udało wymyślić słowa, które mogłoby to nazwać), na dodatek pośród bandy chaotycznych, wspomaganych chemicznie, rozhipsteryzowanych potworków, dla których kultura tożsama jest z jakże kreatywnym przeczeniem wszystkiemu, co kulturą jest w istocie. Nie lubię wstawać przed 6ą, a już z całego serca na lubię jak się mnie przed 6ą budzi. Nie lubię wenge i katalogów z modą ślubną. Nie lubię propagowania osobistych politycznych zapatrywań, wychodząc z założenia, że każdy ma swoje na swoje potrzeby, bo z politycznymi poglądami jest zupełnie tak jak z dupą – to jest: każdy ma swoją. Nie lubię filmów, których nie lubię i nie lubię udawać, że jest inaczej. Nie lubię jeździć jako pasażer, bo mnie to niemożliwie stresuje z przyczyn różnych. Nie lubię placów zabaw i ekokawiarni dla ekoszurniętych mamuś i ich biednych nieznających smaku czekolady dzieci. Takowoż nie lubię dzieci w większej ilości. Nie lubię ludzi co nie czytają. Nie lubię jak mi zimno. Nie lubię rodzinnych spędów, niezależnie od okazji. Nie lubię kawy bez cukru, zielonej herbaty i kakao bez kropelki czegoś mocniejszego. Nie lubię oficjalnych spotkań, bo mnie przy ich okazji świerzbi język i nijak nie mogę temu zaradzić, a tego nie lubię jeszcze bardziej. Nie lubię zmrożonego piwa, ciepłej wódki i drinków z sokiem pomarańczowym. Nie lubię jak mi się przerywa, nie mając na dodatek nic ciekawego do powiedzenia. Ciem nie lubię prawie tak samo jak nie lubię ludzi, którym się wydaje, że wiedzą lepiej. Nie lubię jak mi się od wilgoci marszczy skóra na opuszkach palców. Z grubsza tyle. Nie wykluczam, że jest tego więcej, ale chwilowo pamięć użyczyła mi swych zasobów tylko w takim zakresie.

Niegroźny ale wariat

Z omałocomężem stadło tworzymy od lat zaledwie kilku, znamy się natomiast od dziesięciolecia. Może nie jest to szmat czasu i staż naszej znajomości nie jest szczególnie imponujący, ale wystarczający w zupełności do poznania się nawzajem. Się ale nie tylko, bo poznać zdążyliśmy także nasze towarzyskie kręgi, rodzinne zależności i zawodowe grunty. I tak, oweż grunty w kontekście osoby omałocemęża przedstawiają się cokolwiek niestandardowo, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę osobowości, z którymi omałocomąż ramię w ramię tworzy dzieła, za które następnie mu płacą. Jest bowiem małżonek mój członkiem braci informatycznej, cechującej się niebywałym kolorytem charakterów i koszul w kratę, słabością do koszulek z postaciami z gier różnych a także kreskówek, oraz imponującym zamiłowaniem do najróżniejszych zaburzeń, które w oczach pospólstwa, z informatyka czynią niegroźnego – ale jednak – wariata. Ponieważ małżonek raz na czas jakiś zmienia miejsce zatrudnienia idąc z duchem postępu, wariatów miałam już okazję oglądnąć małe stado, z różnym skutkiem i konsekwencją. Spieszę jednakowoż z uprzejmą informacją, że fakt brania kogoś za dziecko innego boga, nie jest w moim przypadku równy głębokiej niechęci. Ależ skąd! Niektórych wariatów lubiłam całkiem, innych mniej, jeszcze innych wcale. Co nasuwa przypuszczenie, że w zasadzie traktuję ten gatunek na prawach zupełnie takich samych jak i resztę społeczeństwa. Albo przynajmniej się staram. W każdym razie bądź, w aktualnym miejscu pobierania miesięcznego wynagrodzenia, omałocomąż nabył nowe znajomości i jedna ciut mnie jakby zastanawia. Bo pierwszy raz w życiu branżowy wariat przyplątał mnie się osobiście, a nie wyłącznie jako znajomy omałocomęża w stopniu koleżeńskim. Odstępstwo wariata od norm przejawia się natarczywym i bezustannym pozdrawianiem mojej osoby przy użyciu mojego małżonka. Ja rozumiem, że raz na czas jakiś można ukłon złożyć w stronę człowieka, ale żeby tak za każdym razem?! Zaczynam odczuwać psychiczny dyskomfort dzwoniąc do mnie przynależnego wariata, bo wiem, że jak tylko odbierze połączenie, natychmiast zostanie obarczony koniecznością przekazania mi pozdrowień, a ja koniecznością ich przyjęcia. Nie wiem doprawdy jak biedakowi pomóc (nie mężowi, a koledze), bądź też jak pomóc sobie, bo może się tak zdarzyć (choć nie musi), że nieszczęśnik czując imperatyw obdarzenia mnie kolejnymi pozdrowieniami, czuje się równie nieszczęśliwy jak ja będąc nimi co i rusz obdarzana. Mam nikłą, ale szczerą nadzieję, że medycyna poznała już taki przypadek, i na tej podstawie ukuła plan skutecznej terapii, bo jako żywo leży mi na sercu poprawa zdrowia psychicznego kolegi po fachu omałocomęża. Mniej więcej w stopniu równym chęci pozbycia się przesadnie uprzejmego natręta. Skądinąd pozdrawiam ;)

Frater Electus

Mimo że pokusa jest wielka, to jednak nie pozostaję jednostką zupełnie aspołeczną i w ramach walki z czyhającą za rogiem socjopatią – posiadam znajomych. Różnych. W grupie raczej niewielkiej acz satysfakcjonującej. Zawierają się w niej (tej grupie) jednostki z różnych względów wyjątkowe, również wyjątkowa bywa historia mojej z nimi znajomości. Mam na przykład jednostkę zaprzyjaźnioną – można by rzec, że jest on swoistym frater electus – z którą łączące mnie stosunki ewoluowały od wyrosłej na gruncie zawodowym niepohamowanej, zapiekłej niechęci, do przesadzonej na grunt prywatny, złośliwej, sarkastycznej sympatii. I mimo, że w drugim etapie tkwimy już od kilku lat, nadal zastanawia mnie jak na miłość boską mogło do tego dojść (?!|)..

W każdym razie.. – pomna uczuć jakie do jednostki żywiłam we wcześniejszym okresie i tego jaki na jego temat miałam wyrobiony pogląd, przy wielu sposobnościach daję się zaskoczyć faktom, które owemu poglądowi przeczą. Podoba mi się to. Nie element zaskoczenia, tylko to że jednostka nie spełnia ówczesnych moich oczekiwań, a wręcz przeciwnie. A z racji udomowienia jednostki i wcielenia go (poniekąd) do rodziny – nawet budzi to mój cichy podziw i – co tu dużo mówić – dumę z mniejszego brata:) Teraz także jednostka sprawiła mi niespodziankę, pospołu z damą swojego serca, z którą przyjazne stosunki łączą mnie takowoż. Różnica być może polega tylko na tym, że o damie serca od zawsze miałam jak najlepsze zdanie.. Strasznie mnie ich plany i działania cieszą i chwytają za serce, i rada jestem, że będę je mogła oglądać i w nich uczestniczyć! No a potem, jako że słowo się rzekło, zestarzejemy się przez płot.. Kto by pomyślał?!:)

Facet do pomocy..(?)

Jak wspomniałam wcześniej, moje dziecko zapadło na chorobę. Ponieważ jest dzielne, całkiem mądre i od zawsze niekłopotliwe, poddaje się zabiegom różnym z dużą dozą cierpliwości i zrozumienia. Co innego jednak branie kuracji na zdrowy rozum, co innego tłumaczenie żołądkowi, że kolejna porcja leku jest absolutnie niezbędną do poprawy samopoczucia. I tak się wczoraj zdarzyło, że moje dziecięcie nie odmówiło przyjęcia lekarstwa, ale odmówił go jego żołądek. Dobitnie i z dużą mocą. Obecni przy zdarzeniu byliśmy oboje z omałocomężem, tylko jakby na nic się to zdało. Bowiem ja starałam się dziecko utrzymać w pozycji niesprzyjającej a) uduszeniu, b) upieprzeniu, dokładałam wszelkich starań, żeby choćby nieco załagodzić u potomka psychiczne skutki katastrofy, jednocześnie sama próbując zwalczyć niezwykle silną pokusę i nie ulec panice. Dodam jeszcze, że rzecz miała miejsce w łazience, podczas kąpieli w wannie pełnej wody i wszelkiej maści zabawkowych czasoumilaczy. A co na to omałocomąż? – Otóż pierwszy akt obejrzał z miną pozbawioną znamion procesów myślowych, w trakcie trwania drugiego natomiast wybełkotał coś niewyraźnie i zasłaniając dłonią pobladłe usta zwyczajnie uciekł. Jakbym miała natenczas wolne ręcę, to by mnie opadły poniżej pięt. Aż dziw bierze, że był omałocomąż w stanie dokonać wyczynu, jakim niewątpliwie w odniesieniu do sytuacji, jest zmiana pieluchy, która jak wiadomo miewa zawartosć różną – nie zawsze płynną… Albo może właśnie BYWA ŻE płynną.. Biorąc wczorajsze zdarzenia za perspektywę, z której zerkam na czas przeszły – zastanawia mnie także upór z jakim omałocomąż obstawał przy pomyśle dotrzymania mi towarzystwa na porodówce. Na szczęście nie doszło to do skutku. Na szczęście dla obu stron, bo omałocomąż chyba by tego nie przeżył, a jakby – to ja wydając potomka na świat musiałabym jednocześnie angażować się w wykład gdzie też szanowny małżonek może sobie wsadzić oferowane towarzystwo. Niepojętą jest rzeczą, jak nasi męscy mężczyźni – polujący na mamuty, bijący mężnie wroga, czy wreszcie prężący muskuły na siłowni, albo przed głębokim dekoltem pani Joli ekspedientki – niewieścieją w obliczu kłopotów o podłożu fizjologicznym..

Kolega z Tesco

Los chciał, a opatrzność dała zgodę, żebym w dniu dzisiejszym dokonała zakupu w imieniu mojego kota, który do sklepu iść nie chciał, bo nie lubi. Ponieważ pora była zaawansowana, wybrałam się do Tesco, gdzie w pasażu się mieści sklep o profilu zwierzęcym. Sam zakup przebiegł bez wstrząsów i rozrywek, jednak przed jego dokonaniem udało mi się zawrzeć nieoczekiwaną znajomość.. Otóż podjeżdżając na parking i lokując się wygodnie na z góry upatrzonym miejscu, zerknąwszy w lusterko boczne, dostrzegłam ruch w miejscu gdzie się go – przyznaję – nie spodziewałam. Skonsternowanie czym prędzej przekułam w czystą ciekawość i porzuciwszy głupi nawyk patrzenia w lusterko boczne, postanowiłam zawierzyć jedynie obrazom przesyłanym do mózgu bez pośredników. Otworzyłam drzwi, wzrok skierowałam tam, gdzie dziwo zaistniało i nieco oszołomiona skonstatowałam, że dziwo istnieje tam nadal. Otóż bowiem tuż przy prawym moim tylnym kole stało sobie stworzonko i paczało na mnie wzrokiem bardziej chyba jednak ciekawym niż zamglonym przerażeniem. Szczur to był z całą pewnością, zupełnie jednak nie udomowiony, tylko dzikus szaroburej maści, wielki jak sto choler i z inteligentnym błyskiem w oku. Popaczał, poniuchał i uznawszy widać moją osobę za zupełnie niegroźną, ale i mało interesującą, odwrócił się niespiesznie i w szczurzych podskokach pomknął w stronę, którą uznał za słuszną. Ja natomiast posiedziałam tak jeszcze trochę, w międzyczasie machnąwszy ręką za szczurem w geście serdecznego pozdrowienia, i ruszyłam z kocią listą zakupów do zoologa. Ciekawam, czy pana szczura kiedy jeszcze spotkam i czy uściśniemy sobie dłonie jak przyjaciele..(?)

Fatum

Czas jakiś temu miałam z omałocomężem zaplanowany weekend bezdzietny, co się z tym wiąże – rozrywkowo-wyjazdowy, upszczony atrakcjami. Kto czytał, ten wie, że gówno z tego wyszło. Dobra tam! – pies srał niedoszłe rozrywki.. Straciwszy naówczas możliwość realizacji planów, postanowiliśmy nadrobić zaległości w tym tygodniu. Młodzież w kondycji znakomitej została w piątkowe popołudnie zapakowana do samochodu, celem dostarczenia jej w stęsknione ramiona babci i dziadka. Cieszyliśmy się wszyscy z powodów zróżnicowanych, do czasu – kiedy to młodzież z samochodu wysiadła w kondycji już jakby gorszej. Latorośl w trakcie niespełna godzinnej podróży, postanowiła ulec ostatnio modnym tendencjom wzrostu temperatury, i pojazd opuściła wespół zespół z – może nie wysoką, ale jednak – gorączką. Przywitawszy się zatem zdawkowo z dziadkami, powieźliśmy Potomka do lekarza od dzieci, który zajrzawszy w różne miejsca ogłosił werdykt – zapalenie gardła. Nie było zatem mowy o dłuższym pobycie dziecięcia poza własnym metrażem. Ze stroskanymi dziadkami wymieniliśmy tylko pospieszne wyrazy sympatii i konwencjonalne formy pożegnania, i ruszyliśmy w drogę powrotną. Tym sposobem kolejny weekend dający nadzieję na pełnoetatowy wypoczynek, okazał się być jedynie złośliwą ułudą, a czas zaplanowany różnorako rozrywkowo, upłynął nam pod znakiem bólu gardła, gorączki i bezinteresownej pomocy finansowej kierowanej do firm z branży farmaceutycznej. Ahoj przygodo!.. :/

Risotto Na Szybko Po Polsku

Ażeby ulżyć głodnym brzuchom i sprostać wymagającym podniebieniom, trzeba nam kawałek schabu, bądź szynki, w ostateczności kurzego cycka (w ilości zależnej od liczby brzuchów i podniebień), bulion domowy, pozostałość rosołu z niedzieli (ja sobie profilaktycznie takie resztki mrożę, żeby potem były jak znalazł), a w wypadku nagłym kostki rosołowe, włoszczyznę młodziutką pachnącą, i przyprawy – wedle uznania, ale nie przesadnie ostre, bo chcemy poczuć błogie smaki, a nie ogień najpierw w gębie, no a potem w .. A! No i winko. Najlepiej białe. I oczywista ryż do risotto – ja preferuję Kupca, bo mi się najlepiej sprawuje w garnku. Ilości w gramach, litrach czy innych nie podaję z rozmysłem, bo gotuje się na duszę a nie na miarki. Ja w każdym razie tak mam.

No więc mięsko sobie kroimy na kawałki jakktowoli (albo w kochę, albo kosteczkę), podsmażamy na masełku na złoto, koniecznie na głębokiej patelni – a jak kto nie ma, to w garnku. Jak się przyrumieni dodajemy włoszczyznę pokrojoną takowoż (cebulka, marcheweczka, seler, cukinia, pietruszka, nać z selera), podsmażamy jeszcze chwilunię i podlewamy dość obficie winkiem. Pyrkolimy chwilę na małym gazie, a następnie wsypujemy ryż. Mieszamy. Jak nam ryż wchłonie winko, to zaczynamy potrawę podlewać rosołkiem. Po trochu, po chochelce. Dobrze, żeby rosołek nie był zimny, tylko w przypadku najgorszym w temperaturze pokojowej. I mieszamy. I podlewamy. I mieszamy. I podlewamy. I tak do momentu, kiedy nam się ryżyk nasyci płynem i przestanie chrupać w zębach. Używany rosołek zwykle bywa słony, dlatego z doprawianiem czekamy aż potrawa się uwarzy. Jak nam mało smaków – solimy, pieprzymy, i wrzucamy porządną wiąchę usiekanego kopru. Znowu mieszamy. A jak komu mało kalorii, może dodać łyżkę śmietany. Zrobi się wówczas nasze danie jeszcze bardziej kremowe i ciut złagodnieje smakowo. I już! Tadam! Nakładamy na talerze i wsuwamy… co właśnie zamierzam uczynić, gdyż moje risotto deklaruje gotowość do spożycia.. bon appétit!!