Miesięczne archiwum: Czerwiec 2013

Baba za kierownicą

Mam taki zwyczaj, którego źródła radośnie doszukuję się w potrzebie serca, czy prawości charakteru, który każe mi jadącym z naprzeciwka kierowcom sygnalizować ich niedociągnięcia. Jeśli godzą one w moje dobre samopoczucie, sygnalizuję je wymownie, dosadnie i z dużą mocą, jeśli zaś dotyczą rzeczy nie wpływających na stan moich nerwów (jak choćby brak świateł) to puszczam im pospołu z Renatą „oko”. I w tym drugim przypadku nie mogłam nie dostrzec pewnej prawidłowości, mianowicie takiej, że jeśli pojazdem przemieszcza się osobnik płci męskiej – sygnał odbierze, podda analizie i skorzysta, znaczy światła włączy i jeszcze podziękuje. Jeśli natomiast za sterami pojazdu zasiada osobnik płci przeciwnej, czyli baba, to skorzystać z mojej uprzejmości udaje się jednej na tysiąc. Ponieważ w pierwszej fazie badań wzbudziło to moją ciekawość, postanowiłam się bliżej przyjrzeć zagadnieniu. W efekcie moich obserwacji zmuszona jestem po raz kolejny wystąpić do władz z uprzejmą prośbą o ograniczenie dostępu do pojazdów zmechanizowanych dla przedstawicielek mojej płci. Baby otóż, nie reagują na moje „oko” nie dlatego, że mają to w dupie, tylko zwyczajnie owego „oka” nie widzą. Bo i jak mają widzieć, skoro prowadząc jednocześnie przeglądają się w lusterku, szukają w radiu stacji, gwarantującej ulubioną muzyczną rozrywkę, konstatują, że jadą 30 na piątce i desperacko próbują dociec, jakiż to bieg powinny wrzucić i gdzie się on znajduje, sięgają po okulary, które na pewno są w tym schowku.. albo w tym.. albo może w tym.. a już na pewno w tym, grzebią w torebce, która ze względów bógjedenwiejakich spoczywa na tylnym siedzeniu tuż za kierowcą .. i wykonują szereg innych czynności, gwarantujących niewątpliwie jedno – brak koncentracji. A jak jeszcze na domiar złego niewiasta znajdzie się na skrzyżowaniu, na którym nad ruchem nie czuwa sygnalizacja, to do całej wspomnianej reszty dochodzi jeszcze paniczna wątpliwość, co też ona ma niby teraz uczynić (?!) zaraz po tym jak już uruchomi samochód, który właśnie jej zgasł nie wiedzieć czemu.. Jestem po szeregu dodatkowych testów, których niestety nie ma jak dotąd ujętych w egzaminie na prawo jazdy kategorii By. Wypadłam na nich dobrze – stąd moja pewność siebie i głęboka wiara, że wszystkie baby co do jednej, winny takie testy zaliczyć. No – przynajmniej spróbować. I niech sobie gęby wypchają fanatyczki równouprawnienia – baba za kierownicą to częściej błąd niż triumf emancypacji!

Gówniany weekend

Założyliśmy z omałocomężem, że podrzuciwszy dziecko zachwyconym dziadkom, zażyjemy nieco wolności, poświęcając weekend na rozrywki. Różne, kulturalne także. Wracając zatem w dniu wczorajszym do domu, po przekazaniu potomstwa w troskliwe ręce babci i dziadka, pełni byliśmy wiary we własne szczęście. Żeby jednak poziom naszego samozadowolenia nie poszybował niebezpiecznie wysoko, los postanowił utrzeć nam nosa. Dosłownie. Nie wiem, czy jesteście sobie w stanie wyobrazić podobną sytuację, ale możecie przynajmniej powziąć próbę wizualizacji. Otóż wyimaginujcie sobie 30 litrowy zbiornik na szambo, wypełniony w części znacznej wiadomą zawartością, który wybucha w waszym mieszkaniu. Widok nie jest z gatunku uroczych – wiem, wiem – ale tylko taki obrazek jest w stanie (mniej więcej) oddać sytuację zastaną przez nas po powrocie do miejsca naszego zamieszkania. Otóż bowiem, mój pies a właściwie suka postanowiła zapaść na żołądkowe zatrucie, co samo w sobie jest raczej godne współczucia. Kłopot jednak polegał na tym, że zapadła na ową przypadłość pod naszą kilkugodzinną nieobecność. Tym sposobem unurzani po łokcie w zbędnych produktach przemiany materii mojego psa a właściwe to suki, walczący dzielnie z torsjami, obdarzający gorącym uczuciem pana, który przybywszy na piorącym odkurzaczu, wspomógł nas w walce z żywiołem, a wreszcie spędzający pełen trwogi czas u weterynarza z psem a właściwe suką podpiętą pod stojak z kroplówką – musieliśmy ze skruchą przyznać, że wbrew wierze i oczekiwaniom, czeka nas jednak gówniany weekend. Życie uczy pokory.

PS. Pies a właściwie suka ma się już dobrze. Utrata władzy nad przewodem pokarmowym okazała się być jedynie chwilowa. Zdążyliśmy już jednak z omałocoężem nabawić się fobii, która nie pozwala nam pozostawić jej w domu samej na dłużej niż pięć minut.

a to Polska…

Nie jestem zwolennikiem konkretnego politycznego ugrupowania, bo masy mnie – oględnie mówiąc – nie cieszą i z zasady do nich nie przystaję. Jednak mimo dokładania wszelkich starań do pozostania politowania godnym ignorantem w dziedzinie życia politycznego kraju, w którego granicach obecnie nadal jeszcze przebywam, nie mam możliwości ustrzeżenia się przed wyciąganiem wniosków. I tak mi się ostatnio – zapewne niezbyt odkrywczo – uberboliło w głowie, że nie kojarzę władzy (przynajmniej w granicach mojego żywota), która byłaby bez skazy, wszystkim robiła wyłącznie dobrze i nie ulegała pokusie szybkiego zarobku. Ale jako żywo, nie przypominam sobie także, żeby jakakolwiek dotychczasowa frakcja – niezależnie czy panująca, czy tylko pokrzykująca na wiecach – obudziła tak łakomego nacjonalistycznego potwora jak to uczynił PiS…, który nie dość, że go obudził, to jeszcze bezustannie smera go za uchem i pasie smakowitymi narodowo-socjalistycznymi kąskami. Nie podoba mi się to. I mimo, że nie zamierzam brać czynnego udziału w tworzeniu tego Państwa, to nie zamierzam też biernie uczestniczyć w dawaniu pełnej swobody bandzie radykałów, którzy radykałami stali się z lenistwa, bo łatwiejsze to niż pójście do szkoły. Przeraża mnie poziom „dialogu”, który przez rozkrzyczaną opozycję został podjęty (choć monolog to zdaje się trafniejsze określenie tej formy), przeraża mnie poziom intelektualny dyskutantów, przeraża mnie że mali panowie na dużych stołkach bez żenady i na oczach wszystkich, z bandy rozkrzyczanych, agresywnych, dwuzwojowych troglodytów uczynili swój wybuchowy elektorat. Przerażają mnie konsekwencje jego liczebności. I zastanawiam się, kiedy ten potwór zerwie się ze smyczy i kogo pierwszego ugryzie w dupę..

Depresja

Ktoś kogo znam (poniekąd) zapadł na depresję. Czy zapadł faktycznie pozostaje tajemnicą, gdyż diagnoza dokonała się samozwańczo i nie znajduje poparcia w karcie pacjenta. Osobliwa to jest jednak depresja, gdyż posiada – zdaje się – zdolność do wyciągania własnych wniosków, zwłaszcza w temacie stosunków towarzyskich. Otóż bowiem, w odniesieniu do mnie Depresja okazuje sympatię i otwartość – nie ukrywa, że jest i ma się dobrze, na tyle, żeby nie mieć chęci do życia, a co dopiero do zbytków takich jak wyjście z domu, jednakowoż nieodpartą ma potrzebę posiedzenia w kącie i ronienia łez w poduszkę. Do innych natomiast Depresja ma stosunek zdaje się odmiennego sortu, gdyż w ich towarzystwie znika, chowa się w kieszeń, a osoba dotąd na nią cierpiąca tryska humorem, nie stroni od uciech i z domu wybiega kurcgalopkiem. I tak sobie myślę, że mogłaby ta Depresja zdobyć się na szczerość, może najpierw z samą sobą, a potem z resztą świata. I albo uznać, że faktycznie nie ma racji bytu, albo pogodzić się z myślą, że jest owszem, rozparta pod czaszką jak w babcinym fotelu i posiedzi tak jeszcze troszkę. Bo biegunowość zniechęca i nie rokuje.

Immunitet

Panu jakiemuś dla przykładu postanowiono uchylić immunitet, żeby mógł należytą ponieść karę za przekroczenie linii ciągłej przy skręcie w lewo. Oczywiście rózgą mu nad pupą machnął PE, bo gdzieżby nasz rodzimy rząd tak swojego druha pokarał..! U nas oczywistą jest rzeczą, że każdy kto choćby jedną nogą wdepnął w polityczną kloakę, jest po wsze czasy obdarzony nietykalnością i dobrym samopoczuciem. Tak więc w kraju naszym światłym w ławach sejmowych zasiadać mogą panowie (i panie) z bogatą przeszłością kryminalną, a jak już zasiądą to mogą zupełnie swobodnie kreować swoją kryminalną teraźniejszość. Jeździć po kielichu, wtłuc komuś, pieniążki zdefraudować, okraść biednych, dać zarobić bogatym. I nikt im immunitetu nie uchyli, bo po co, potem tylko kłopot, żeby go z powrotem przywrócić.. Księdzem też u nas dobrze być. Alimentów można nie płacić, seksualne fantazyjki w życie wprowadzić, ponawoływać zupełnie jawnie do homofobii i rasizmu – i włos nam z głowy nie spadnie, najwyżej nam powierzą w opiekę inną parafię, gdzie kolejni młodzi chłopcy zechcą „służyć do mszy”, a parafianie ofiarnie ufundują mercedesa. Kurde.. no choćbym chciała na księdza się nie nadaję, ale jakby tak w tę politykę pójść, to wreszcie bym mogła w dupie mieć ograniczenia prędkości..!

Poczta Polska

Wczoraj otrzymałam od mojego listonosza konowała awizo do skrzynki. Niby żadne wielkie halo, nawet przy założeniu, że w godzinach jego urzędowania z całą pewnością zasiedlałam własne mieszkanie.. mniejsza z tym. Powodowana trochę może ciekawością, co też i kto też mi przysłał, a trochę także niewygodnym poczuciem dyskomfortu, wynikającym z powyższego, pognałam na pocztę, zapewniającą mi dotąd fachową obsługę, gdzie dowiedziałam się (na tej poczcie), że jestem nieczytatym tumanem. Znaczy nadaję się na listonosza.. ale znowu mniejsza z tym. Tumanem jestem, bowiem postępując bezmyślnie i schematycznie, nie wczytałam się w bazgroł na awizie, który to głosił, że odbierać korespondencję mogę już (HURA!HURA!) na poczcie, która znajduje się najbliżej mojego miejsca zamieszkania. Oczywistą jest rzeczą, że o tym wszystkim poinformowała mnie fachowa pani z pocztowego okienka, dodając także, że owyż urząd czynny jest w godzinach 8 – 18a, a także od poniedziałku do piątku. Zatem wziąwszy pod uwagę, że mamy właśnie piątek i godzinę 18:12 mogę się/bądź ją/bądź kogokolwiek wylewnie pocałować w dupę. Nie takie rzeczy życie ze sobą niosło, przełknęłam więc porażkę, opanowałam przemożną chęć dania wymiarowi sprawiedliwości pretekstu do ukarania mnie przykładnie dożywociem i powlokłam się do domu. Sęk w tym, że w domu czekała na mnie informacja, że na adres moich rodziców (drobne 60ątpare km dalej) przyszła do mnie kolejna przesyłka, oczywiście zawczasu roztropnie awizowana przez listonosza. Uznałam wyższość opatrzności – widać doszła do wniosku, że wizyta w rodzinnych stronach jest mi niezbędna do czegośtam.. W oparciu o zdobytą i po wielokroć udowodnioną wiedzę, że w mieście rodzinnym Urząd Pocztowy, który zwykł wydawać mi moje przesyłki jest czynny w sobotę, wstałam rano, przysposobiłam się do podróży i pojechałam. No! i na poczcie miła pani poinformowała mnie, że przesyłka owszem jest, ale nie tutaj, tylko w oddziale przy ulicy co tą ją listonosz nabazgrał na awizie. Na pytanie co to jest ten bazgroł, bo ja nie bardzo wiem, pani ewidentnie już zdegustowana poziomem mojego skretynienia, odparła – że ona też nie wie, ale to będzie urząd najbliższy miejscu zamieszkania(!). Nie mieszkam w mieście rodzinnym od dziesięciu lat i nie mam (DO JASNEJ CHOLERY!!!) pojęcia gdzie się mieszczą mikrourzędypocztowe. Słowem – poddaję się. Szkoda mi głowy (wszak mam jedną) na walenie nią w mur, szkoda mi łez na pogrążanie się w bezmiarze smutku, szkoda mi nerw, szkoda mi słów, szkoda mi pieniędzy na skuteczne środki wybuchowe o dużej sile rażenia. Na Pocztę Polską okazuje się nie ma mocnych, ani słabych, ani sprytnych, ani żadnych..

Stręczycielka

Jestem stręczycielką. Może się kto ulituje i nasmaruje o mnie słów kilka w poczytnej gazecie, bo wszak dokonywałam i – czego nie wykluczam – dokonywać będę czynów, które stręczycielką nazywać mnie pozwalają. Otóż zdarzyło się razy kilka, że zapomniawszy o trzymaniu nosa w sprawach wyłącznie własnych, dochodziłam do wniosku, że ten pan do tej pani (bądź też i odwrotnie) szalenie by pasował, i czemuż by tego nie sprawdzić.. No faktem jest, że opłat z tego tytułu nie pobierałam, ale skojarzyć zupełnie przypadkiem osób kilka mi się w życiorysie udało. Dodam, że z premedytacją. Bez premedytacji także, z czego wnoszę, że stręczycielką jestem tym bardziej. Pary z tego powstawały lub nie, nic mnie było do tego, dalsze losy bohaterów pozostawiałam własnemu biegowi. Kurde! no chyba każdy tak ma, że znajomości mu się kształtują nie tylko w kręgach, gdzie albo małżeństwo, albo klasztor. Zna się jednostki z przyczyn różnych pozostające w związkowym jedynactwie i czasem się dochodzi do wniosku, że dwie takie jednostki można by zaprosić na jedno przyjęcie.. A już jak koleżanka wylicza, że samotność, że zastój na rynku, że przedział wiekowy, i że ach! jak ona by takiego księcia(!), – a ja na ten przykład znam takiego księcia co akuratnie jest stanu wolnego i ma słabość do pań w typie koleżanki, no to co?! – mam siedzieć i nie stręczyć? To już ludziom dopomóc nie wolno z dobroci serca? Ja cież pierdyle! Cenzura stosunków towarzyskich! A jakby faktycznie przyjąć, że stręczę – to co w takim razie robi biuro matrymonialne?

Z pozdrowieniami dla Emila

Właśnie siedzę u znajomych i paczam jak się gibią i pocą, bo im każe pan w telewizji, mamiąc wiotką, sprężystą, umięśnioną sylwetką. I wiecie co – pieprzyć to. Wspominałam już, że nie znajduję w sobie chęci ani przymusu do uprawiania wysiłku, który w jakimkolwiek stopniu można byłoby skojarzyć z fizycznym. Jak uznaję, że mi dupa urosła i czuje się w jej towarzystwie niekomfortowo, to robię spożywczy rachunek sumienia i cześć. Dupa maleje, a moje poczucie humoru i komfort psychiczny rosną wprost proporcjonalnie do utraty wagi. Dlatego teraz jak tak patrzę na dzieci (jedno łyse płci męskiej, z ewidentnymi oznakami opuchlizny głodowej w okolicach pasa, a drugie niełyse płci żeńskiej, w formie dobrej, ale za to gotowe wspomóc to łyse w nierównej walce z panem z telewizora), to się kurna cieszę, że ja tak mam, że wysiłek fizyczny uważam za absolutnie zbędny mi do szczęścia. I dziękuję w cichości ducha genotypowi, że mi ukształtował sylwetkę bez skłonności do robienia zapasów na cięższe czasy, bo jeść owszem lubię, ale pocić się i jeszcze udawać, że mi to sprawia przyjemność – zupełnie nie. Ale dzieciom kibicuję najlepiej jak umiem, czyli nie drę z nich łacha, i nie zrywam boków, tylko udaję, że nie widzę jak się prężą i gną w spazmach, i jak to większe i łyse, toczy siódme poty, żeby pierwszym co widać zza węgła był profil, a nie brzuch. Dzieci takowoż podziwiam, że w stuporze dają się panu z telewizora przerabiać na złachany kisiel.. chociaż to łyse podziwiam jakby mniej, bo korzystając z tego, że stoi w tyle – ewidentnie oszukuje.