Miesięczne archiwum: Maj 2013

Każdy ma jakiegoś bzika

Mam niebywałą zdolność do przyciągania stworzeń odmiennych od ogólnie przyjętego kanonu. Nie piję tym razem do jednostek mojego gatunku, bo to zupełnie inna historia. Rzecz tą razą będzie o zwierzątkach. Z dobroci serca i naiwności, podjęłam się w zimie dokarmiania ptactwa. Z uwagi na miejsce zamieszkania owym ptactwem okazały się być głównie gołębie. Napychania im gąb zaniechałam jak tylko śniegi stopniały, uznając że teraz mogą o siebie zadbać same. Sęk w tym, że jeden został na dłużej. Zadomowił się, poczuł jak u siebie i pomieszkuje z nami do dzisiaj. Ponieważ brak mu znacznej części kończyny – nazywamy go zdrobniale Kuternogą. Czas jakiś temu Kuternoga postanowił okazać gościnę innemu przedstawicielowi srającego gatunku i sprowadził do nas kumpla bez tyłu. Dokładniej rzecz ujmując, bez ogona (całości) i z uszkodzoną łapą (częściowo). Na tym nie koniec dzikiego lokatorstwa. Otóż nie dalej jak wczoraj zawitał do nas kolejny gołąb. Tym razem ze wszystkich części składowych zlepiony, jednak o dziwnie suchotniczym wyglądzie. Gołąb anorektyk znaczy się. Normalne gołębie trzymają się z dala, czemu w zaistniałej sytuacji nawet nieszczególnie się dziwię. Mój ślepy fart w napotykaniu na drodze zwierząt „innej natury” nie ogranicza się bynajmniej do przedstawicieli fauny nieudomowionej. Pies mój, a właściwie suka ma na przykład cofniętą dolną szczękę, dodatkowy pazur, dwa dodatkowe sutki (w tym jeden na szyi) i parę innych wesołych cech jak chociażby utykanie na tylną łapę. Kot fizycznie nie odbiega od normy, psychicznie natomiast ustanawia normę własną. Miałam także kiedyś szczura, który był alergikiem uczulonym głównie na roztocza.. W obliczu wymienionych przykładów śmiem przypuszczać, że gdybym nabyła – dajmy na to – złotą rybkę, okazałoby się, że ma łupież, a w przypadku skrajnym – że nie potrafi pływać.

Po co nam dzieci

Nie będzie obszernie, bo też i nie ma w tym temacie co epistoły tworzyć. Po dwóch (baz mała) latach macierzyństwa, wiem już po co nam dzieci. Otóż po to właśnie, żeby najboleśniej nas ukarać za wszelkie świństwa, mniejsze lub większe okrucieństwa, które wykręciliśmy naszym rodzicom.

ELEGANCJA JEŻA Muriel Barbery

Książka nieoczywista. Bardziej przypowieść niż powieść, choć morał jest nienachalny i jeśli ktoś nie ma ochoty, nie musi go szukać. Książka mądra. Życiową mądrością, ale i tą czerpaną z wielkich dokonań. Dla mnie tych kilkaset stron było niebywałą przygodą, zwłaszcza że do lektury zasiadłam bez wcześniejszego przygotowania. Wzięła mi się bowiem ta książka z przypadku. Nic o niej nie wiedząc odkryłam ją w sposób jeszcze bardziej satysfakcjonujący. Jest babska. Ale nie tylko, jeśli potencjalny czytelnik płci męskiej ma duszę :) Polecam wszystkim tym, którzy lubią kiedy coś biegnie zupełnie innym torem. Którzy lubią być wodzeni za nos, zaskakiwani. Bo w tej książce zaskakuje wiele, także zakończenie. Choć być może znowu nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli..

Kocia niedola

Błogie nic się dzieje. Lawenda terrorystka wybuchła zapachem, poziomki po cichutku nabierają apetycznych kształtów, bazylia aż się prosi o słodki, nagrzany słońcem pomidor.. Błogie nic w świecie flory. Fauna ma jakby ciut gorzej. Korzystając z pogody sprzyjającej, dopuściłam się popełnienia czynu na osobie mojego psa, a z rozpędu też i na kocie. Piesa została wypucowana – zniosła to mężnie, acz bez przyjemności. Kota spotkał podobny los, tylko przyjął to w sposób napawający szczerym współczuciem. Sam pobyt w miejscu kaźni (brodziku) jeszcze by uszedł, ale już zażyta kąpiel przerosła możliwości kociej asymilacji. Na domiar złego zaatakowałam go także suszarką, obawiając się, że targające nim dreszcze mogą przerodzić się w coś znacznie gorszego. Kot wymiękł i się zsikał. Chyba z bezsilności. Jakby tego było mało, kocina nienawykła do samodzielnego mycia (wychowany przez psa nie nabył kocich nawyków), po kąpieli wylizała się skrzętnie, nażerając się sierści jak jasiek pierza. W efekcie, po spożytej kolacji puścił karkołomnego pawia, ulegając przy okazji panice, bo z tej strony coś mu wypadło pierwszy raz w życiu. Teraz odsypia, ale obawiam się, że psychikę zrujnowałam mu nieodwracalnie..

CODZIENNIK Daniel Passent

420748_162077323960347_210178107_n

Czytam obecnie. Fajne jest to, że Passent nie robi z siebie bohatera (ani ofiary), choć mógłby, zważywszy na czasy, w których się urodził, dorastał, a w końcu żył i żyje nadal. A co ważniejsze, nie robi z siebie bohatera nie ze względu na wrodzoną skromność, tylko zwyczajnie nie mijając się z prawdą przyznaje, że nigdy nie pretendował do tytułu. Żył z boku, nie pchając się na front wydarzeń, bo nigdy nie pragnął niczego więcej ponad spokój i bezpieczeństwo. Bez ogródek przyznaje także, że na bycie bohaterem zwyczajnie nigdy nie stało mu odwagi. Z krótszych, bądź dłuższych opowiastek ślizgających się jedynie po aspektach życia osobistego autora, wyłania się obraz błyskotliwego człowieka, o ugruntowanych, acz (co niezwykle istotne) nie branych za jedyne słuszne – poglądach, który przeżył życie ciekawie, kolorowo choć roztropnie i ciut może zachowawczo. Książka interesująca także z uwagi na fakty żywcem wyjęte z historii, opowiedziane w prawdzie subiektywnie, lecz z dużą wyrozumiałością. Polecam lekturę wszystkim, choć dla osób twardo stąpających po prawej stronie drogi, może ona okazać się nazbyt prowokacyjna i niemile uwierająca w światopogląd.

Matki Polki

Nigdy się nie zarzekałam, że jestem matką z powołania. Z wyboru – owszem, ale z powołaniem nie ma to nic wspólnego. Stąd też prawdopodobnie mój piaskownicowy dyskomfort, który dopada mnie zawsze i niewzruszenie, jak tylko wpadnę w grono szczebioczących o pediatrach, kupkach i wysypkach – mam lub babć, podobnie jak ja podejmujących próby socjalizacji potomstwa. Zmuszona jestem jako – bądź co bądź – jednak matka, uczęszczać do miejsc potomstwu sprawiających radość, a tym samym, bogatych w takie oto panie (panów jakby rzadziej), ale w przeciwieństwie do potomstwa, nie znajduję w owej rozrywce za grosz przyjemności. Na domiar złego, mój niepoprawny stosunek i szeroki wachlarz uczuć lekuchno tylko zabarwionych współczuciem, jaki żywię do asortymentu mamuś i babć napotykanych w miejscach dziecięcego zbytku, zdaje się dość wyraziście odmalowywać na moim obliczu. Łatwo zatem zgadnąć, że nie przydaje mi to przyjaciół, czy choćby sprzymierzeńców, za to całkiem gładko i z dużym rozmachem przysparza antyfanów. Nie to, żeby mnie to martwiło – raczej cieszy, bo ewentualne próby nawiązania przyjaźni nastręczałyby li tylko problemów, choćby z uwagi na barierę językową, gdyż – co ze wstydem przyznaję – nie władam biegle językiem macierzyństwa, dla tych pań pełniącym rolę ojczystego. Zastanawia mnie tylko, dlaczego na miły bóg, każda z tych pań siłami wszelkimi, stara się sprostać stereotypowi, zarzucając tym samym kompletnie troskę o własną osobowość? Chyba, że… – co też może nie być dalekie od prawdy – niewiasty te od zarania dziejów cechowała nijakość, uległość i kliniczny monotematyzm..(?)