Miesięczne archiwum: Marzec 2013

Nowa moda

Dowiedziałam się dzisiaj, że wśród niewiast, które mają ujętą w terminarzu świadomą prokreację, zapanował trend na odpowiednie przygotowanie się (tak powłok zewnętrznych jak i wkładu) do popełnienia owegoż dzieła. Tak więc okazuje się, że średnio na rok przed oczekiwanym poczęciem należy zapisać się na kursy wszystkiego, co znajduje się na liście „rzeczy, które chciałabym umieć”, bo po fakcie nie ma już szans na samodoskonalenie. Trzeba także koniecznie! zapisać się na jogę i jakieś specjalistyczne cośtam-chii, które przygotowuje nasze dolne partie do urokliwych chwil spędzanych na porodówce. Ponadto koniecznie trzeba zawczasu wstrzyknąć sobie wystarczającą ilość botoksu, żeby starczyło nam na te dziewięć miesięcy z okładem, no bo w stanie błogosławionym jest to już absolutnie nie do przyjęcia, a wyglądać jakoś trzeba. No i treningi na siłowni trzeba zintensyfikować, bo powinno się także PRZED odpowiednio schudnąć, żeby PO czuć do siebie mniejszą odrazę. Absolutnie konieczne jest także pijanie soków, wywarów, naparów, wyciągów z traw wszelkiej maści, bo mimo, ze niesmaczne to niewyobrażalnie zdrowe. Jadać należy wyłącznie niepryskane, bez tłuszczu, cukru, soli, białka, węglowodanów, sodu i innych. A najlepiej to tofu bez tofu i koniecznie popijać to sokiem z trawy (bo zdrowy!). I absolutnie! koniecznie trzeba w to wszytko wciągnąć pana co go mamy w planach ujętego jako prokreatora, bo on też musi być zdrowy, jędrny i śliczny, żeby potomka spłodził pierwszego sortu… Efekt moim zdaniem jest taki owych przedsięwzięć, że przyszła mama może piękna, jędrna i śliczna, ale jednak ciut jakby wygłodzona i wyczerpana, przyszły tata natomiast – pojony bagnem, karmiony trocinami, rozwleczony na jodze i wyżęty na siłowni – myśli sobie, że ostatnim na co ma ochotę jest prokreacja z TYM POTWOREM. Jako matka, która nie czyniła szeroko zakrojonych przygotowań, acz posiadła dziecko zgodnie z planem – zapytuję – gdzie się w tym wszystkim zapodziała przyjemność?!

Listonosz

Skarg pisać nie lubię i prawdopodobnie nie umiem, bo swoim zwyczajem problemy zwykłam rozwiązywać siłowo przy użyciu słowa mówionego. Jestem jednak zmuszona wystosować tłuste pismo do Poczty Polskiej, z wyrazami ubolewania nad jakością pracy przynależnego mi listonosza. Jest bowiem ów pan (Krzysiu) leniwą mendą, dla której pokonanie trzech raptem pięter celem dostarczenia listu poleconego, jest wyczynem z góry skazanym na przegraną. Ja doprawdy nie oczekuję, że w zębach mi będzie przynosił przesyłki mianowane określeniem „gabaryt”, ale już zwykła przesyłka listowa nie powinna mu zbytnio nadwerężać kręgosłupa. Tymczasem pan Krzyś (menda) regularnie awizuje moją korespondencję jeszcze zanim podejmie próbę jej doręczenia. No chyba, że coś się w tych kwestiach zmieniło ostatnimi czasy, i nie na tym już polega praca listonosza..? Jeśli tak, naówczas zaniecham skarżypyctwa i grzecznie ponoszę za pana Krzysia torbę..

Dyskryminacja

Obiło mi się o uszy, że organizuje się pomoc finansowa dla rodzin tych dwóch panów himalaistów, co to ostatnio zdobyli to czego nikt inny przed nimi, tylko że już nie będą mieli okazji się z tego cieszyć… Nie jestem zdeklarowanym potworem, i – owszem – dostrzegam rozmiar dramatu, który się wydarzył… ale widzę też coś jakby rażącą niesprawiedliwość. Bo otóż załóżmy, że wychodzę sobie rano z domu, z postanowieniem, że oto właśnie jest ten dzień, kiedy udam się do jaśniewielmożnego fiskusa, oddać mu to, co rzekomo jestem winna. Robię to dobrowolnie (do pewnego stopnia, ale o tym nie dyskutujmy) i ze świadomością, ze misja jest dziejowa, bo jak nie zwrócę państwu tych brakujących… dajmy na to – 25 groszy, to mi państwo pokaże kto tu rządzi. No więc pomna tego, ze dzień jest mroźny, a chodniki oblodzone, zakładam obuwie o należytej przyczepności, kurtkę, czapę, łapawice i wyruszam. Podróż, choć mało przyjemna i w warunkach niekomfortowych (bo piesza) trwa w najlepsze, do momentu – kiedy to drogę do uświęconego celu zagradza mi przejście dla pieszych. Wkraczam na nie, uprzednio upewniwszy się, ze ani z prawa, ani z lewa.. kroczę ostrożnie (bo ślisko), zachowując wszelkie wymogi bezpieczeństwa, aż tu nagle z dużą prędkością wali we mnie samochód, którego kierowca okazał się być idiotą bez polotu i zapomniał o czymś takim jak droga hamowania. Padam trupem na miejscu, a moja rodzina zostaje bez mamusi, żony i córki, i na domiar złego z cholernym długiem wobec państwa w wysokości 25 groszy. Moja śmierć jednakże jest wydarzeniem tak błahym, że nikt nie wspomina o niej w mediach, co najwyżej w lokalnym radiu napomkną coś o uciążliwym korku, który powstał na ulicy, na której właśnie postradałam żywot. I co wtedy pytam? Czy ktoś zorganizuje pomoc finansową dla mojej rodziny?! – Wyszłam z domu dobrowolnie – jak Ci panowie, w słusznej sprawie szłam – również jak oni, takowoż z odpowiednim ekwipunkiem, krzywda mnie spotkała niezasłużona w równym stopniu. To co?? Moja śmierć jest gorsza, bo niemedialna? No do ciężkiej cholery!!

Tany tany

Mimo, że aktualnie nęka mnie głęboko zakorzeniony wstręt do przebywania w lokalach rozrywkowych, zasiedlanych przez stada niezbyt lotnych, oczadziałych znacznie i raczej niewstrzemięźliwych jednostek niewątpliwie młodszych niż ja sama, to niegdyś się bywało..
Zdarzało się, że przybierało to mało oczywiste formy, tak jak razu pewnego, kiedy moja współtowarzyszka napotkała „po trasie” jegomościa, który utkwił jej w pamięci jako truteń i męczydupa, i uznała, że najprościej będzie go spławić udając, że jestem wyłącznie anglojęzyczna, bo on zupełnie nie jest i ta ułomność wybitnie go peszy. Faktycznie moja podbudowana alkoholem biegłość w posługiwaniu się angielszczyzną, spowodowała że pan krygując się nieco, opuścił nasze towarzystwo. Cały dowcip dalece przypadł nam do gustu, zatem napotkawszy grupkę panów pod kolejnym klubem, postanowiłyśmy sobie dalej poudawać. Nie pamiętam jak miałam na imię, wiem na pewno, że mieszkałam w Ashby, w niedalekim sąsiedztwie Birmingham i z zapałem poddawałam się próbom nauczenia mnie mówić „kurwa”. Pamiętam także, że miał to być mój ostatni wieczór w „polsze” i następnego ranka odlatywałam do ojczyzny. Było przefajnie, a angielkę odegrałam tak udatnie, że panowie następnego dnia o bladym świcie zerwali się z łóżek i pognali na Lublinek sprawić mi miłą niespodziankę przed odlotem. Srodze się zawiedli zastając na miejscu pusty pas startowy.. – O tym fakcie dowiedziałyśmy się tydzień później, kiedy wchodząc do klubu i wesoło świegocząc ewidentnie w języku polskim.. wlazłyśmy prosto na nich. Żywili urazę czas jakiś, potem im przeszło:) Tyle! – pointy nie będzie!

Tablet

Nieduży wzrostem, samozwańczy mesjasz naszego nękanego smoleńskim kłamstwem i tłamszonego komunistycznym, antykatolickim reżimem kraju, dobył tedy tableta swego i nastała jasność, i tłum dzierżący na ramionach swych szale, a na głowach mohery ujrzał drogę, co go odtąd miała wieść prosto ku szczęściu!

Kawa

Kawa nie działa!! Wyznania zielonoherbatowego nie jestem, zatem wszelkie yerby maty takowoż odpadają w przedbiegach, nie przepadam bowiem za spożywaniem naparu z siana… Wszelkiej maści substancje działające na mój ośrodkowy układ nerwowy wykluczyłam z jadłospisu mniej więcej w czasie, kiedy poczułam się osobą dorosłą. Zatem jak sobie pomóc??:(

Identyfikacja

Jest coś takiego jak nieuświadomiona powierzchowna indywidualność. Ja na to cierpię w każdym razie. Niby wiem, że ryjem się różnię, przynajmniej od części społeczeństwa, ale jak przychodzi do sporządzenia opisu to lana w jedną formę.. Jak mnie moja najdroższa, niemal już osobista pani policjant Kasia odpytywała przy składaniu zeznań i padło pytanie o znaki szczególne, to minę miałam jak przyłapana na zżynaniu zadania 3go na semestralnym teście z fizyki (yyyyy…) Chwilę mi zajęło zanim pamięć ruszyła i wpadłam na to, że owszem mam takowyż znak, wprawdzie nabyty, ale mój zewłok dałoby się na tej podstawie zidentyfikować. Moja odwrócona błyskotliwość w tej materii może wynikać z tego, że szczególna ta cecha znajduje się w miejscu, gdzie nawet mój wzrok nie sięga (bo ni cholery nie ogarniam wzrokiem własnych pleców w partiach wyższych), dlatego czuję się odrobinę bodaj usprawiedliwiona. Ale! skłoniło mnie to (oraz kilka innych okoliczności) do podjęcia próby oznakowania się szczególnie w miejscu widocznym, żebym nie zapomniała już, jaka to jestem niepowtarzalnie wyjątkowa. Jutro dokona się dzieło, zatem od pojutrza ewentualnych czynów niegodziwych będę musiała dokonywać odziana od stóp po koniuszki palców, żeby nie narażać się na niepozostawiającą cienia wątpliwości identyfikację ;)

Ekologia

Hej! A wiecie co?! Okazuje się, że ja JESTEM EKOLOGICZNA!.. co szczerze powiedziawszy cieszy mnie raczej nie nad wyraz, bo do ekologów pałam żywą niechęcią i z głębi serca im okazuję brak szacunku. Moje ekologiczne osiągnięcia wzięły się zatem nie z chęci zapobieżenia efektowi cieplarnianemu – bo mnie to raczej średnio obchodzi, a już z całą nieposzlakowaną pewnością nie z potrzeby przynależenia do odłamu ekowyznawców, co to myją się wodą ze źródełka i to tylko raz w roku, bo jakby częściej to na pewno Antarktyda się od tego rozpuści.. I tak mnie się wydaje, że ja tę ekologiczność popełniłam być może ze skąpstwa, bo otóż właśnie dotyczy ona tego, że bardzo ładnie zaoszczędziłam wodę. Chyba przestanę zakręcać kran podczas kłów szorowania.. i zacznę już dzisiaj!