Miesięczne archiwum: Luty 2013

Nazywam się..

Nie bardzo wiem, z czego ów fakt wynika, ale jest rzeczą powszechną, że moje nazwisko bywa przeinaczane na wiele, czasem zaskakujących, sposobów. Bywam Muchą, Myczką, Myszką, nawet Macką. Do historii przeszła już anegdota, jak to nie mogłam się odnaleźć na liście studentów przyjętych na kierunek, aż tknęło mnie przeczucie, że być może Karolina Mycha to ja.. Najgorzej jest, kiedy przychodzi mi w sprawach urzędowych przedstawiać się przez telefon. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby mnie ktoś nie prosił o powtórkę („yyy.. przepraszam, jaaak?”), a jak już nie poprosił, to żeby mnie nie przeinaczył. Dopiero wskazówka drobna, jak dajmy na to „miękka czapka bez daszka”, naprowadza rozmówcę na to, jaki noszę rodowód. Że się przy tym zawsze stosownie uśmieją, to już inna sprawa.. No więc dzisiaj zadzwoniłam do przychodni, celem zadania pani pielęgniarce paru wnikliwych pytań dotyczących mnie samej i przez bite 3 minuty wszelkimi sposobami próbowałam kobiecie wytłumaczyć jak też do jasnej cholery! ja się nazywam. Skończyło się na literowaniu.. M jak Matylda, yyy jak.. Yeti..:/ Zaczynam już popadać w stany lękowe, czy z moją wymową aby wszystko w porządku, bo być może faflunię się niemiłosiernie, pozostając jednocześnie w błogiej tego nieświadomości? Albo może to moje nazwisko nie składa się z zaledwie 5u znaków i to powszechnie stosowanych w ojczystym języku, tylko jego zapis wywodzi się w prostej linii od języków plemion zamieszkujących dorzecze Amazonki? Jest jeszcze jedna rzecz, która nie zmienia się od lat – jak już ktoś raz odkryje jakie noszę miano, raczej nie zdarza mu się tego zapomnieć..

Drożdżowe

Mój omałocomąż nie grzeszy talentem kulinarnym. Parę innych posiada, ale tego jednego mu opatrzność poskąpiła. Nie spędza mi to snu z powiek, bo ma też swoje niewątpliwe zalety. Przede wszystkim WIEM CO JEM i żadnej niespodzianki mi szanowny małżonek w pożywieniu nie przemyci (celem na przykład skrócenia moich doczesnych mąk egzystencjalnych). Druga zaleta jest otóż taka, że stosujemy podział obowiązków – ja gotuję, on prasuje i zmywa, dzięki czemu nie pamiętam już kiedy ostatnio wykonywałam te znienawidzone czynności. W całym tym ogromie kulinarnego mężowskiego niedołęstwa jest jednak jedna rzecz z gatunku tych spożywczych, która wychodzi mu znakomicie. Jest apetyczna, smaczna i nikt jeszcze nie dokonał żywota po jej spożyciu. Jest to bowiem wypiek. A konkretnie ciasto drożdżowe. I w tym miejscu muszę uczciwie przyznać, że doprawdy trzeba byłoby być jednostką wyjątkowo paskudnie niedopracowaną, żeby sobie z owym rarytasem nie poradzić. Ciasto jest bowiem drożdżowcem oszukanym i wychodzi zawsze i każdemu. Nawet takiemu niezaprzeczalnemu beztalenciu jak mój osobisty małżonek. Dla zainteresowanych poniżej zamieszczam przepis na to cudo.

Paczuszkę drożdży (a najlepiej 1,5ej) wkruszyć do miski, zasypać 1,5 szklanki cukru, dodać 4 roztrzepane jaja i 200g margaryny (wcześniej zmrożonej w zamrażalniku i startej na tarce o grubych oczkach). Na koniec zalać 1 szklanką ciepłego mleka. NIE MIESZAĆ!!! Przykryć ściereczką i odstawić na min. 3 godziny, a najlepiej na całą noc.
Następnie dodać 700g mąki, esencję waniliową, bakalie. Wszystko wymieszać, przełożyć do formy i piec 40-50 min. w piekarniku nagrzanym do 180oC. (Wierzch można posypać kruszonką. Oczywiście przed upieczeniem.) Smacznego :)

Uczciwość

Zabrzmi nieprawdopodobnie, ale właśnie po raz pierwszy w życiu padłam ofiarą rażącej niekompetencji. Mam wrażenie, że zmierzać ona miała do zrobienia mnie w trąbę, celem – jak mi się zdaje – wyłudzenia paru groszy. Ponieważ jednak charakter mam jaki mam, i miła bywam tylko do pierwszego wkurwienia, osobnik pokajał się przede mną w formie pisemnej, solennie obiecując zadośćuczynienie. Czas pokaże jaką formę przyjmie dalsza nasza biznesowa „współpraca” i czy mój charakter będzie zmuszony poczynić więcej zniszczeń w życiorysie drobnego oszusta. Ale – w związku z w/w zdarzeniem nasuwa mi się taka oto konkluzja. Mianowicie, że powinnam chyba zacząć mieć uzasadnione pretensje do rodzicieli, na których w głównej mierze, spoczywał obowiązek czuwania nad procesem mojej socjalizacji. Pretensje dotyczyć by miały chowania mnie w głębokiej wierze, że oszustwo jest czymś co nie przystoi, i czego nie należy nie tylko uprawiać, ale nawet propagować. Gdyby nie te archaiczne wpojone mi zasady, być może wysypiałabym się teraz wygodnie na pieniążkach niekoniecznie własnych, zamiast bezustannie liczyć na to, że w końcu wygram w totolotka. Nauczona tym doświadczeniem poważnie rozważam wysłanie mojej własnej pociechy na zajęcia dodatkowe z oszustw podatkowych, pisania konspektów napadów na instytucje finansowe, albo chociażby z wyłudzania znacznych kwot od niczego nie podejrzewających emerytek.

Oddzwonię. Na pewno!

Zrugano mnie ostatnio – choć przyznaję – w niezbyt dosadnych słowach, że się odzywam z niejakim poślizgiem. Na dowód przewin, rzucono mi w twarz faktem: 24go grudnia odebrawszy telefon zakomunikowałam, że „za chwilę oddzwonię” i oddzwoniłam – 8go lutego.. Istotnie muszę przyznać, że zajęło mi to dłuższą chwilę niż można się było spodziewać. Niemniej jednak tenże sam rozmówca usłyszawszy mój komunikat (ten z 24go grudnia) odparł, że miło by było, gdybym wyrobiła się z oddzwonieniem przed nowym rokiem – z czego wnoszę, że zna mnie na tyle, żeby oczekiwać podobnych nieobyczajnych zachowań. Zatem skąd pretensje?? Faktem jest, że w utrzymywaniu kontaktów międzyludzkich nie jestem – co tu dużo mówić – mistrzem, ale robię co mogę. Zresztą jakie ma znaczenie, że odzywam się kwartalnie, albo i rzadziej – skoro SIĘ ODZYWAM i nadal jest ze mną o czym pogadać..? W aspekcie utrzymywania znajomości na stopie towarzyskiej jestem czymś w rodzaju brazylijskiej telenoweli – możesz przegapić 728 odcinków, a koniec końców i tak wiesz o co chodzi. Uprzejmie zatem proszę nie tyle o wyrozumiałość, co o zaakceptowanie faktu, że Mycka tak ma. Dzięki temu rozmowy telefoniczne zaczynać się będą w przyjemniejszej atmosferze i szybciej będzie można przejść do takich miłych konkretów, jak chociażby umówienie się na popielcową wódkę ;)

Marzec

Mój kot ma problem. W zasadzie dwa – jeden to ten, którego jest świadom i który czyni jego życie uboższym, i drugi – nieuświadomiony. Otóż na moje osiedle zawitała już pani wiosna, co na chwilę obecną przejawia się seksualną nadaktywnością okolicznych kotów. Siedzi więc to moje rude kocisko z nosem przy szybie i zawodzi serenady, a ja zupełnie nie mam sumienia uświadomić go w jakim ogromie znajduje się nieszczęścia.. Abstrahując bowiem od niewoli, w którą niewątpliwie popadł zasiliwszy grono moje rodzinne – jak ja mam mu niby powiedzieć, że nie ma jaj..??:/

Tłusty Czwartek

No! – to u mnie tłusty czwartek skończył się lepem na dupy. Brzmi cokolwiek niezwykle, ale zaręczam nie ma w tym żadnego podtekstu. Drugiego dna też nie ma, ani sugestii, ani niczego poza lepem. Na dupy.
Postanowiła mnie akurat dzisiaj odwiedzić ciocia. Lubię ciocię, więc nie była to dla mnie krzywdząca perspektywa – w związku z czym na zapowiedzianą wizytę przystałam z ochotą. Ciocia jest dobry chów staropolski, więc jej sumienie nie pozwala z pustą ręką progu przekraczać, zwłaszcza w taki dzień jak ten dzisiejszy. Przyniosła zatem ciocia faworków pudło, obficie upstrzonych cukrem pudrem. Miło? No miło. Sęk w tym, że oweż pudło faworków zostawiła pod opieką mojego 1,5 rocznego syna, który z lubością najpierw wywalił całość pożywienia na kanapę, a potem je w nią wtarł.. Zatem póki nie zawołam miłego pana co się zajmuje praniem min. powierzchni siedzących – mam w pokoju lep na dupy. No bo jak to inaczej nazwać??