Miesięczne archiwum: Styczeń 2013

Tężyzna

Nie jestem zwolennikiem upajania się wysiłkiem fizycznym. Nie to, żeby stworzono mnie do wyższych celów, po prostu nie lubię się męczyć jak nie muszę, albo jak mi za to nie płacą. Raz na jakiś czas mam odpał, że trzebabycoś, ale po jednym wieczorze wśród hordy panów w szeleszczących sztukach odzieży – wraca mi zdrowy rozsądek. Aerobiki to nie dla mnie, bo po pierwsze tę formę uważam za żenującą, po drugie nie lubię walnych zgromadzeń, zwłaszcza kiedy rządzi nimi progesteron. Na jogę poszłam raz i mnie wywalili, bo czytałam książkę, na tai-chi dostałam ataku śmiechu, na spinningu dostałam ataku serca. Pływać nie lubię, nie szczególnie potrafię i nie staram się tego zmienić, bo głęboko wierzę, że gdybym miała to robić, to by mnie do tego matka natura należycie przygotowała. Poza tym nie znoszę jak mi się od wilgoci skóra marszczy na opuszkach palców… ale o fobiach innym razem. Sęk w tym, że przy całym moim z pietyzmem pielęgnowanym lenistwie, siłą wypycham na siłownię mojego omałocomęża. Broni się niebożątko i wykręca obowiązkami – począwszy od rodzicielskich a skończywszy na sąsiedzkich, ale na nic mu się to zdaje, bo truję mu dupę systematycznie i z coraz większą natarczywością. I proszę ja Was!! – dzisiaj przyszedł był do domu i oznajmił UWAGA UWAGA! – że rozmawiali z chłopakami, i że owszem są chętni, bo to w stadzie zawsze raźniej, i że w związku z tym muszą jeszcze tylko a) wybrać siłownię (no ale nie wiadomo zupełnie którą, bo każdy mieszka w innej części miasta, a zaraz po pracy to im się nie będzie chciało), b) wybrać dzień (no ale nie wiadomo który, bo każdy ma jakieś inne rzeczy na głowie), c) wybrać godzinę (no ale nie wiadomo którą, bo zaraz po pracy to nie, bo jak wyżej, a później to już może być za późno), d).. w tym miejscu przestałam słuchać. Jak dociągnę przy boku omałocomęża do 70tki, to może doczekam dnia, kiedy pójdzie na tę cholerną siłownię. Póki co godzę się z myślą, że nie ma na to najmniejszych szans… A najgorsze, że – niestety nie mogę tego wykluczyć – to ja go deprawuję.. :/

Metoda srałtopsa

Wzięłam ostatnio na warsztat syndrom mieniategowdupie, bo mi się od lat wielu wydawało, że jestem jego szczęśliwą posiadaczką. Poddałam zatem wnikliwej analizie mój osobisty stan ducha, stan konta, stan panieński i inne stany, i wyszło mi, że owszem – posiadam wszelkie predyspozycje do owegoż syndromu. Wtedy mój omałocomąż postanowił wyprostować mój skoliotyczny światopogląd. Wybrał niestety metodę siłową. Najpierw kły myjąc przed wyjściem do pracy upstrzył mi pastą lustro w łazience (co to się je cholernie trudno doprowadza do porządku), nie oszczędzając także umywalki. Następnie wyszło na jaw, że powodowany bógjedenwieczym, zrobił porządek w papierach, w wyniku czego nie mogłam znaleźć pewnej umowy, co na tamtą chwilę była mi niezbędna do życia. Następnie zadzwonił z pracy, że się spóźni, mimo że plan zakładał jego punktualność ze względu na inne zobowiązania. Jeszcze później w ramach zabawy z dzieckiem włączył mu bajkę i zamarł wpatrzony w srajfona jak żubr w kępę trawy.. I koniec końców, musiałam przyznać mu rację, że nad syndromem mieniategowdupie (zwanym też metodą srałtopsa) muszę jeszcze ciężko pracować, żeby móc się cieszyć, że go mam..

Renata

Renata postanowiła mnie wpędzić do grobu. Niemal przywykłam już, że właściwie nie ma miesiąca, żebym nie musiała Renacie fundować miziania u pana mechanika (skądinąd pozdrawiam). A to nagrzewnica, a to sworzeń, a to łożysko.. Przymykam oko, bo rozumiem, że się Renata domaga czułości. Ale po ostatnim razie, kiedy to mój szanowny omałocomałżonek przydzwonił w latarnię i lekuchno zdefasonował Renacie zad – uznałam, że może na jakiś czas wystarczy. W naprędce ukutą teorię uwierzyłam głęboko, na tyle, że przestałam się dręczyć myślą, że NA BANK zarutko coś się znowu wysypie. Uznałam, że mój gdzieniegdzie powgniatany samochód ma chwilowo usterek po kokardę. Do dzisiaj. Jadę sobie wesolutkie 140 i jak mnie wtenczas coś nie zawyje! Myślę sobie: „Noooo wwww duuupęęę!!!”… I w tejże chwili kierownica, co to ją dzierżę z przyzwyczajenia jedną ręką, zaczyna mi się trząść, telepać.. Renata wyję coraz bardziej boleśnie… Myślę sobie : „Ku…a!! Zginę!!” I wtedy doszłam do wniosku, że może jednak zjadę na pobocze. Na poboczu Renię opukałam, zajrzałam gdzie się dało, wyłożyłam dobitnie co o niej myślę.. i już. No bo co mogłam więcej. Zadzwoniłam do omałocomęża, też mu powiedziałam co o nim myślę – tak na wszelki wypadek, i zaczęłam się godzić z myślą, że dokonam żywota wraz z Renatą na tej cholernej omałocoautostradzie gdzieś w centralnej Polsce. I wtedy coś łupnęło. Plasnęło właściwe. Okazało się, że cholerna Renata nażarła się śniegowej brei, co jej wyraźnie zaszkodziło i właśnie w tej chwili postanowiła sobie ulżyć owej brei się pozbywając. I już! Renata jest zdrowa, w pełni sprawna, w doskonałym nastroju.. a ja mam początki depresji, nerwicę układu pokarmowego i migotanie komór…

Zima

Zwykle mam problem z podjęciem decyzji, czy wyrażając daną opinię mam być szczera, czy może raczej miła.. Wiem, wiem – są tacy, którzy poddadzą w wątpliwość moje dylematy, ale fakt jest faktem. Tym razem jednak poprzestanę na szczerości. Otóż ja się nie zgadzam na ten powszechny kociokwik i lament. I go nie popieram!! Bo do cholery jasnej zima jest, tak??!! Jak śniegu nie było, to słuchałam skamlenia, że „co to za zima bez śniegu”. Jak śnieg spadł, to nagle wszyscy rozczarowani. No to jak to?? Ja rozumiem, że być może sedno problemu tkwi nie w tym, że spadł, tylko w tym, że leży. No ale taka chyba jest natura rzeczy.. Rozumiem też, że „WŁADZA” się nie spisała, bo go powinna czym prędzej zutylizować. Ale – tak szczerze – pamięta ktoś taką władzę, za której kadencji śniegu nie było (tego co leży nie tego co pada)??!! Więc może zamiast faflunić, złorzeczyć, pogłębiać chorobę wrzodową i szereg wszelkiej maści nerwic, wyglądnijmy za okno, ucieszmy się, że ładnie jest, wyskoczmy na sanki, orzełka machnijmy na tym przeklętym śniegu.. A potem kakałko ciepłe z pianką, kocyk, dobra książka – bo OD TEGO JEST ZIMA! A że do pracy i z pracy z problemami?? No to nastawmy się z góry, że te problemy będą i nie biadolmy. Rano wystarczy wstać wcześniej, do auta zabrać kubek mocnej kawy, kilka dobrych płyt… na wypadek korków krzyżówki – i już!! To łatwe!.. a dzięki temu ja być może nie będę musiała co roku wysłuchiwać utyskiwań, że zima jest zimą..

Starość

Sądziłam, że z potyczki z czasem wychodzę zwycięsko. Zmarchy się mnie nie imają, w stawach mi nie trzeszczy, mocz trzymam.. Myślę sobie – jest dobrze. Otóż nie. Okazuje się, że przejawów starczej demencji doszukiwałam się w powłoce, a należało zaglądnąć głębiej.. Oto dowód.
Idę ja sobie sklepową alejką, skoncentrowana na celu, który łatwy nie jest – szukam bowiem torebki idealnej. Kto baba ten wie o czym mowa. Przede mną krokiem posuwistym idą trzy dzierlatki. W ich mniemaniu ponętne łanie, wyrafinowane sylfidy, apetyczne uwodzicielki.. Wzrok mi ściągnęły, a zaraz potem myśli i już nie było ratunku. Najsampierw ja się temu zjawisku dogłębnie przyjrzałam, zaraz potem wsłuchałam się w treść toczącej się dyskusji i przyznam, że całokształt mnie oszołomił. W pierwszym odruchu, wiedziona troską, miałam nieodpartą chęć wziąć którąś z panien w ramiona, i gładząc jej nieskażone myślą czoło wykrzyknąć: „Powiedz!, no powiedz dziecko kto Cię spłodził, to cię pomszczę!!” W odruchu następnym odkryłam, że scenka rodzajowa mnie zniesmacza, sekundę później, że napawa obrzydzeniem.. No a potem pomyślałam, że chyba jednak jestem stara.. No, czyli jednak..

Babcie Wariatki

Babcie wariatki. Jest to temat powszechnie znany i każdy – założę się – w sąsiedztwie bliższym lub dalszym ma taką babcię wariatkę, która wzbogaca osiedlowy koloryt. Ja też mam, w końcu nie bardzo różnię się od całej reszty. Różnica być może polega tylko na tym, że ja mam babcię wariatkę osobistą. Nie znaczy to wcale, że jakkolwiek do mnie przynależy. Nobliwa ta osoba upatrzyła sobie we mnie wroga i żadna argumentacja nie jest w stanie wykoleić jej z tego toru rozumowania. Po kilku pierwszych „sytuacjach” zasięgnęłam języka, celem ustalenia, czy z głową szanownej babci aby wszystko w porządku. No bo jakby nie, to jednak jakaś taryfa ulgowa jej się przynależy. Okazało się jednak, że babcia cieszy się znakomitym zdrowiem, owszem troszkę jest „wycofana”, ale w ujęciu ogólnym raczej wszystko gra i bucy. Stanowię zatem coś w rodzaju wyjątku potwierdzającego regułę. Babcia widać musi jakąś metodą rozładować targające nią frustracje i uznała, że nadam się do tego celu znakomicie. W efekcie tych działań mam u babci pokaźną kartotekę, ponieważ ilekroć przechodzę drogą przebiegającą w niedalekiej odległości od jej balkonu, babcia z ukrycia pstryka mi foty. Jak boga!! Uzbrojona w komórę, napieprza te zdjęcia jak fotoradar. Kiedyś mnie złość wzięła i mało – przyznaję – uprzejmie zapytałam na cholerę jej to. Na co otrzymałam odpowiedź, że „mój pies sra pod jej balkonem”. Psa mam, tu się zgodzę, srać mu się zdarza, też się zgodzę, ale nigdy w tym właśnie miejscu. Pominąwszy – jak już odda pies mój to co mu zbędne, to zwykłam grzecznie po nim sprzątać. No i na koniec pytanie, które przyznaję, nurtuje mnie najzacieklej – skoro sra mój pies, to w jakim celu uwiecznia moją gębę zamiast jego dupę??!! Nie wiem, czy kiedykolwiek zgłębię tę tajemnicę. Zwłaszcza, że niechęć babci podlega zdaje się procesowi ewolucji, bowiem ostatnio wykrzyczała mi, że jestem „Niewierzącą pojebaną studentką”. Zaraz po tym jak zrobiła mi kolejne zdjęcie.. :/

Sąsiedzi

Mam przygłuchego sąsiada. Niby nic wielkiego, zważywszy na jego, bądź co bądź, podeszły już wiek. Jednak w efekcie tej drobnej niedyspozycji, starszy pan zwykł dzielić się ze mną szczegółami swojego bytu, w wielu jego aspektach. Wiem np. kto jest mu winien pieniądze i w jakiej kwocie, kiedy cierpi na zaparcia, jakie bierze leki na ciśnienie, w jakim stadium są jego problemy z prostatą i jak się to objawia. Bogatsza o tę wiedzę stałam się przypadkiem i mimo woli, bowiem leciwy ów jegomość regularnie obdzwania blizej mi nie znane osoby i raczy je w/w informacjami. Nic w tym strasznego, rozmowy bowiem zwykle są krótkie, choć obfite w treść. Teraz jednak do starszego głuchego pana przyjechała z kurtuazyjną wizytą jego starsza głucha siostra, w związku z czym .. ja się k…a wyprowadzam :/

NFZ

Od lat wielu mam dwóch przyjaciół. Przeszliśmy razem na tyle dużo, że aż wstyd sięgać pamięcią. Dzisiaj jednak przy koszmarnie porannej kawie, ożyło mi takie oto wspomnienie: moi panowie mieli przyjechać po mnie po gentlemańsku, celem dostarczenia mnie na szumnie planowaną imprezę plenerową (mnie i spadochron, którego komfort podróży, obawiam się, bardziej im leżał na sercu) i poleciłam im przejechanie tych 100 km trasą nieco inną niż ta, którą znali, za to bogatszą w plenery i mniej uczęszczaną. Ponieważ jednak cokolwiek długo przyszło mi na nich czekać, postanowiłam wysłać wiadomość o treści nieskomplikowanej: „Za ile będziecie??”. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Po niespełna minucie otrzymałam odpowiedź: „A gdzie my k….a jesteśmy??!!” Skąd skojarzenie? – Otóż wybieram się dzisiaj do szpitala, mając (nikłą ale jednak) nadzieję, na załatwienie tego, co sobie zaplanowałam, czyt. badań. Różnych. Z doświadczenia jednak wiem, że przyjdzie dzisiejszego dnia taka chwila, kiedy zacytuję owąż przyjacielską wiadomość, aczkolwiek w nieco innym kontekście i zakrzyknę słabo: „Gdzie ja k….a jestem??!!”